Eh, młodość…!

Lubię młodych ludzi. Ich świeże spojrzenie. Bezkompromisowość. Poczucie sprawiedliwości. Idealizm. Ambicję i chęć zmiany świata na lepsze. Szukanie sposobów na stworzenie własnego świata, czasem wyrażenie go w poezji, prozie czy hip-hopie. I choć te ostatnie, muzyczne, zupełnie nie moje klimaty, potrafię docenić tekst i zaangażowanie w jego wykonanie. Pomyślałam więc, dlaczego nie miałabym promować takiej twórczości? Znalazłam w sieci opowiadanie (być może fragment większej całości), które z powyższych powodów, bardzo przypadło mi do gustu… Skądinąd  znam autora, jest jeszcze niepełnoletnim nastolatkiem, więc mam nadzieję, że przymkniecie oko na literówki…

bezpośredni link:
http://trzezwespojrzenie.wordpress.com/2013/04/04/zaginiony/

Zaginiony

Rozdział I
POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

Każdego człowieka można poznać po naczyniu, na którym jadł. Zabrzmi to dziwnie, ale pracując już trzy lata w tej zatęchłej knajpie, potrafię poznać człowieka po resztkach jedzenia, ułożeniu sztućców, czy stopniu pomiętolenia serwetki. Czułem się jak Sherlock Holmes od kuchni. Tysiące ludzi przewinęło się przez tę salę, siadało na tych krzesłach, patrzyło w ten sufit i jadło to żarcie.
Nie zasługiwałem na pracę w takim miejscu. Nie, z punktu widzenia wiedzy, którą posiadałem. Moi rówieśnicy kończą pewnie szkoły, może niektórzy założyli rodziny. Ci, bardziej ambitni, poszli na studia, a ja tu siedzę bez uśmiechu, jak taki błazen, pożal się Boże, Stańczyk…
Mój dzień zamyka się o 18, a zaczyna o 8. Chyba w tych godzinach robię najwięcej ruchu. Czuję się wtedy jak pływak, który dostaje szansę na złoto, a i tak nic nie przywozi i liczy, że następna szansa będzie tą wyjątkową i owocną. Poza tymi ramami czasowymi czułem się niepotrzebnym “polskim Hamletem”, który nie miał nic innego do roboty prócz jedzenia czipsów i oglądania na Eurosporcie pokera Texas Holdern (tak, jestem hazardzistą). Nudny człowiek, trochę.
Wychodząc z pracy, uciąłem sobie małą pogawędkę z Tomkiem, kucharzem:
– Wyjdziemy dziś na piwo, w końcu dzień wypłaty? – zagaiłem.
– Nie, dziś mam za dużo na głowie, stary.
On nie ma przyjaciół. Na sto procent nie ma przyjaciół. To nawet nie byłoby możliwe, żeby miał przyjaciół, bo gdyby miał przyjaciół rozmawiałbym z nim częściej niż raz w tygodniu i nie byłaby to rozmowa z serii “podaj mi patelnię, umyj ten nóż”. Jak można nie mieć przyjaciół? To trochę tak, jakby nie mieć rodziny. Chociaż, gdy ktoś nie ma rodziny, domem nazywa to miejsce, w którym ktoś o Nim myśli, przynajmniej z reguły sobie to tak tłumaczyłem. Nie miałem domu. Nigdy nie nazwę tego “domem”. To raczej było miejsce moich spotkań z “matką” i “ojcem”. Smutna prawda, ale jak tak patrzysz z dystansem, to da się przyzwyczaić. Musiałem dawać radę i żyć na własną rękę. Byłem okropnym synem. Chciałem być prawnikiem, nauczycielem, albo psychologiem, ale coś mi chyba nie wyszło w życiu i zostałem kimś na wzór popychadła bez skończonej szkoły. Wyrzucili mnie z technikum za nieobecności. Zdałem wszystkie przedmioty na co najmniej 3, ciężko było mnie zagiąć, ale wyrzucili mnie, bo trzymali się zasady – “kto opuści 60 godzin zostanie wydalony”.
Zasady… No właśnie, ich w życiu nie lubiłem najbardziej . Zasady są po to, by bronić człowieka, zapewniać mu bezpieczeństwo, możliwość bytowania w świecie. Tu chyba pomylono trochę moją definicję, robiąc z zasad coś, co mogłoby zaszkodzić mi – dziełu Stwórcy. Dając mi do myślenia, że dalej ktoś stoi nade mną i niekoniecznie popiera to, co robię, nie dając mi wolnej ręki, nawet wolnego palca, czy paznokcia! To taka klatka, którą rozumieć można w dwuznaczny sposób. Pierwszym znaczeniem jest klatka, w której mnie zamknięto. Szczelna, zbudowana specjalnie pod moje wymiary, bym nie mógł za bardzo się rozpędzić i próbować głową zdziałać cuda. Jestem jak ptak, który chce polatać, ale Ci na górze tego nie chcą. Drugim zaś jest klatka, taka jak w kliszy. Widzisz w niej kolorowy świat, ale tak naprawdę się nie zmienia. Jest tym samym obrazem – monotonnością pomieszaną z potrzebami fizjologicznymi, odrobiną zabawy i ziarnem użalania się nad sobą.
Idąc ulicami Wrocławia, goniąc za marzeniami, lepszą pracą, dogodnym życiem, czy sklepem z tańszym piwem… Właśnie! Warto nadmienić, że od tego momentu (tak, tak – dobrze się wczytajcie, bo to był ten przełom, na który czekałem pieprzone trzy lata), byłem innym człowiekiem. Nie, nie zmieniłem aparycji, nie kupiłem konsoli, nie znalazłem portfela z pieniędzmi, kuponu na loterię, nie wpadłem na to, jak zażegnać konflikty w Iraku. Żaden z tych genialnym pomysłów … to nie to. To było jak oświecenie, nagły przypływ mówiący: “zrób to, zanim stwierdzisz, że to bez sensu”. Zrobiłem to. Dokonałem czegoś, co przez trzydzieści sześć miesięcy było Mount Everestem dla moich ambicji. Wyciągnąłem telefon, zmarzniętą ręką znalazłem numer Szefa i przeprowadziłem błyskawiczną wojnę, mój upragniony blitzkrieg z przełożonym:
– Odchodzę, to moja ostateczna decyzja – mówiłem pewnym głosem, jakbym przed rozmową doładował się alkoholem.
– Dlaczego? Masz świadomość, że nie będzie odwrotu? – odparł Szef, zaciskając przy tym lekko swoje zęby, jak to miał w nawyku, gdy coś nie szło po jego myśli.
– Mam tego świadomość, ażeby mnie nie korcił powrót, to muszę Ci powiedzieć, że jesteś najgorszym pajacem jakiego spotkałem w swoim życiu, kretynem, jedynym takim w tym świecie, bo przecież Bóg nie myli się dwa razy. Nie potrafisz zarządzać własną “budą z żarciem”, skazujesz ją na porażki i obwiniasz o to pracowników, który muszą zapierdalać jak mrówki pod Twoimi dyrektywami… A no tak, byłbym zapomniał… Twoja żonka przespała się już z trzema robakami, jak to zwykłeś nas nazywać, na spotkaniach świątecznych. Nauczyłem się wtedy sztucznego uśmiechu i składania nieszczerych życzeń, a to przydatna cecha, za to nawet Ci podziękuje. Mam nadzieję, że dotrze to do Ciebie, Szefie.
“Poleciałem po bandzie”, nie ma co. Właśnie o to mi chodziło. Byłem pod wrażeniem, ile pogardy i wzburzenia zebrało się we mnie przez te trzy lata, kierowanej do jednej, jedynej osoby. Do niedawna nie wiedziałem, że człowiek może trzymać w sobie tyle złości i nienawiści, a potem wylać to wszystko w stronę JEDNEGO człowieka. Osiągnąłem zamierzony skutek:
– Nie pokazuj się tutaj więcej, nigdy! Jeśli się tu pojawisz, to się źle skończy. Żegnam, panie Smulewicz.
– Spoko, na razie, pajacu.
Działałem wbrew jakimkolwiek zasadom. Byłem sobą. Kurwa… Teraz byłem sobą bez pracy. Tego nie da się ukryć. Otworzyłem klatkę, sam, bez niczyjej pomocy, ale przecież nikt nie nauczył mnie latać. Zawsze najpierw zrobię potem pomyślę, okrutna cecha ludzi, którzy dali się wciągnąć w szybkość XXI wieku. Wrócę do domu, zjem coś i się położę. Nie będzie dzisiaj telewizji, czipsów i piwa – całkowity performance pochłonie wiele dotychczasowych nawyków. Niesamowite… wstałem jako buntownik przeciw temu, co wydawało mi się hamulcami i mnie ograniczało, a idę spać jako człowiek bez ograniczeń, bez hamulców, który nawet nie wie jak się jeździ i dokąd ma jechać. Kiepski ze mnie negocjator…

Przyjaciół miałem wielu, jeszcze trzy lata temu. Zastanawiałem się nad tym, ilu z nich mi zostało? Wstając rano i paląc papierosa (nie paliłem przez rok, jako wolny człowiek mogę zapalić, prawda? Głos sumienia chwilę pojęczy… a co mi tam, i tak brzmi jakby nie miał mutacji), rozsiadając się na niewygodnym kuchennym krześle, starałem się sobie przypomnieć imiona ludzi, z którymi spędzałem każdą wolną minutę. Dałem sobie chyba najtrudniejsze zadanie w życiu od razu po zwolnieniu się z pracy w dość infantylny sposób. Przyjaźń kiedyś była dla mnie cenniejsza niż złoto. Dziś to tylko słowo znane z telewizyjnych oper mydlanych i brazylijskich “łzopędnych” tasiemców. Wyciągnąłem notes, wertowałem kartki w poszukiwaniu danych. Parę imion wydawało się znajomych, więc zabrałem się za obdzwanianie. “Abonament ma wyłączony telefon, lub jest poza zasięgiem sieci”, “podany numer nie istnieje” – no ładnie, Smulewicz. To będzie jednak trudniejsze niż myślałeś. Zostały Ci trzy ostatnie numery, a powoli Twoja misja zamienia się w rosyjską ruletkę. W jednym z wybranych numerów sygnał gwałtownie przywrócił mnie do życia, brzmiąc równomiernie jak tętno. W słuchawce odezwał się męski głos, niepewnie zaczynając rozmowę:
– Halo?
– Adi?
– Tak, a kto mówi? – odpowiedział z lekką nutą wątpliwości.
– No witaj, Mariusz z tej strony, nie poznajesz?
Nastała chwila ciszy. Nie wiedziałem, czym mam coś dopowiedzieć, czy może lepiej milczeć? Myśli rozwiała odpowiedź:
– Smulewicz?
– Tak, poznajesz mnie, mordo?
– Pewnie, że Cię poznaję! Nie odzywałeś się… Z trzy lata?
Trzy lata… Magiczne trzy lata odcięcia się od rzeczywistości i przeprowadzka do Wrocławia jednak sporo zmieniły w moim jakże szlachetnym życiu. Mogłem się tylko śmiać z siebie w tej sytuacji, przygryzając lekko usta i myśląc o tym, że to jednak nie sen, że trzy lata poza “domem” są jednak rzeczywistością, rzeczywistością przez którą nie mogłem okłamać samego siebie.
– No, gdzieś tyle będzie. Zaszyłem się we Wrocławiu, po akcji z rodzicami i wyrzuceniem ze szkoły. Skończyłem osiemnaście lat i uciekłem, gdy tylko miałem okazję… Jak tam żyjesz, jak zdrowie, co porabiasz?
– Żyję – rzucił niedbale, jakby czekał na dalszą część streszczenia moich ostatnich trzech lat – lepiej opowiadaj, co u Ciebie?
– Nic takiego, naprawdę. Aktualnie, od wczoraj, jestem bez pracy, wiesz, taki wolny człowiek ze mnie i pomyślałem, że warto byłoby się odezwać, prawda?
– Warto? Wypadało wcześniej… Słyszałeś o tym?
– O czym? – odpowiedziałem nie ukrywając zdziwienia.
– To Ty nic nie wiesz…? I tak byś się z czasem dowiedział… Cztery miesiące temu umarł Papryś. Miał powikłanie raka, którego mu wycinali kiedyś i zmarł w szpitalu. Nie dało się go uratować.
Byłem w szoku. Nie, szok to za mało powiedziane. Nie potrafiłem złapać tchu, starałem się opanowywać i powoli przetrawiać informację, których nigdy w życiu nie chciałem słyszeć. Tak naprawdę, to może egoistyczne, ale wolałbym koniec świata, niż śmierć bliskiej osoby. Poświęciłbym siedem miliardów ludzi za jednego człowieka. Prawdopodobnie, gdybyśmy licytowali życie bliskiej osoby (absurdalne, ale w tej sytuacji żadna myśl mnie już nie zdziwi), nikt nie dałby wiele, bo wartość taka jak przyjaźń upadła od razu po miłości, dawno, dawno temu.. Mogłoby się to wydawać przesadą, ale to bliskim zawdzięczam fakt, że jestem w dobrej kondycji psychicznej i mam mocne, rozsądne fundamenty. Wspierali mnie, gdy inni wbijali mi nóż w plecy, dostawałem od nich lekcję, gdy to ja chciałem go wbić. Nie dowierzając jeszcze do końca, starałem się racjonalnie udowodnić, że Papryś żyje i ma się dobrze. Przecież był… znaczy jest najsilniejszą osobą, jaką znam, nie było przeciwności, której by nie pokonał. Może to niesmaczny żart? Ale kurwa, do Prima Aprilis jeszcze dwa i pół miesiąca…
– Nie mogę w to uwierzyć… To przecież niemożliwe… Ze wszystkich ludzi On?
– Też nie mogłem w to uwierzyć… Boisko bardzo przeżyło to wydarzenie, na początku trochę nas zżyło, ale wiesz… Tak było na początku, teraz nie mamy ze sobą kontaktu…
– Pytania o pogrzeb byłyby teraz nie na miejscu… A co u ludzi z Boiska? – próbowałem zmienić temat.
– Każdy ma własne życie… Artur ma narzeczoną, nie mieszka w Zielonej Górze a w Szczecinie i tak studiuje na AWF, Paweł został artystą i aktualnie wystawia swoje prace gdzieś w Polsce, Berol studiuje w Poznaniu prawo, Maniek kontynuuje swoje studia… A z resztą nie mam kontaktu.
– Rozumiem… Przyjadę jutro do Zielonej, Papryś jest pochowany w…?
– W Kisielinie, obok swojej babci.
– No, to chociaż ma towarzystwo – próbowałem się jakoś pocieszyć, ale nawet czarny humor mi nie wychodził.
– Taa… Odezwij się, jak będziesz, dobra?
– Odezwę się. Nie wiem, o której przyjadę. Pracujesz gdzieś, czy coś takiego, by nie było, że jesteś zajęty?
– Nie chcesz odwiedzić domu, co?
– Powiedzmy, że trochę mi nieśpieszno tam. Więc, co jutro robisz?
– Kończę o osiemnastej pracę.
– Dobra, dam Ci znać dokładnie, o której się pojawię. Trzymaj się, mordo, cześć!
– No, Ty też się trzymaj, do jutra!
Chyba nie pogodzę się tak łatwo z tą myślą. Była abstrakcyjna, za bardzo nienormalna, niemożliwa, żeby przyjąć ją w miarę spokojnie. Mój dotychczasowy spokój i wolność zamieniły się w nostalgię i natłok myśli. Rozłączając rozmowę, stwierdziłem, że tak na prawdę to był mój jedyny kontakt z rzeczywistością. Tu we Wrocławiu nie było mojej rzeczywistości. Była Ona tam, gdzie się wychowałem, stawiałem pierwsze kroki, gdzie miałem tonę długów, problemów, wspomnień… Tutaj to była tylko imitacja, szklana bańka oddzielająca mnie od świata, który mnie przerósł. Jutro wracam do tego świata. Nie jest mi obcy, ale wywołuje strach, jakbym miał być tam pierwszy raz i się od razu w nim zgubić. Heh, wspomnienia wracają.

 

Reklamy

6 komentarzy (+add yours?)

  1. Krzysztof "Caddi" Kupiński
    Kwi 06, 2013 @ 14:45:00

    Młodych należy wspierać, choćby dobrym słowem i pomocą. W powyższym przypadku tylko kosmetyka. Ma chłopak ikrę!

    Odpowiedz

  2. krakowianka
    Kwi 06, 2013 @ 20:08:20

    bardzo zaciekawiło mnie to opowiadanie…ciekawe co potem,po porzuceniu pracy sie stanie…z bohaterem
    jest butny,odważny i ma swój kodeks moralny,podoba mi się…młodość…ot co

    Odpowiedz

  3. wg108
    Kwi 07, 2013 @ 19:33:32

    Szacun możesz ode mnie przekazać. Ma młody sporo do opowiedzenia i świetnie to robi.

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: