Opowieści starego domu

„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne,
każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”
/Lew Tołstoj, Anna Karenina /

4.30

Słyszę pierwsze odgłosy. Budzę się nieśpiesznie, ociężale. Czuję, że jeszcze przez dobrą chwilę, mógłbym spod przymkniętych okiennic oglądać spektakl, który niedługo na dobre rozpocznie się w moich ścianach.  Półświadomie próbuję zlokalizować źródło dźwięku.

 – To na drugim piętrze – ustalam w myślach i zaczynam mimo woli nasłuchiwać. W krótkim momencie już wiem, jestem pewien. To on. Sięga po papierosa, a jeszcze dobrze go nie przypalając, jednocześnie włącza telewizor. Jak zwykle zbyt głośno. Za chwilę, po drodze do łazienki, wstawi czajnik. Zanim zaszumi woda, zadźwięczy, drżącą ręką ustawiana na podstawce, filiżanka. Głośno otworzy szufladę, by wyjętą łyżeczką odmierzyć podwójną porcję kawy i potrójną cukru. Codzienny niemalże rytuał. Zanim wstanie reszta domowników, zdąży spalić pół paczki… Potem – jak zwykle – usłyszy leciutki żal w jej głosie:

Znowu tłuczesz się po nocy, nie dając spać… –  wyszeptane z rezygnacją, by powoli odejść i delikatnie domknąć drzwi w swoim pokoju. Tym razem też nie było inaczej… Odnoszę wrażenie, że jemu chyba wszystko jedno, jej – coraz trudniej, jakby od dawna wyczuwała przegraną. Tam, gdzie nie można niczego zmienić, trzeba zaakceptować rzeczywistość. Przestała walczyć. Zostawiła go z chorobą w zamkniętym świecie obsesji i paranoi.

Usiadła cichutko w jednym z moich kątów, a z jej oczu potoczyła się po policzku łza. Moje ściany niejedno widziały i słyszały. Nie powiem, ładnie mnie urządziła. Lubię to wnętrze, zwłaszcza teraz, kiedy przestałem być dla niej złotą klatką. Tak naprawdę nigdy nie byłem, cierpiałem razem z nią, ale też i ona nikomu się nie pożaliła,  a wojen domowych nie brakowało… Cóż, podobno nie ma domku bez ułomku. Kiedy było bardzo źle, powiedziała, że przebuduje mnie od podstaw, ale tym razem zacznie od dymu z komina. A jednak, o dziwo, w ten sposób, stałem się jej twierdzą.

 Dziś już wiem, że jeśli ktoś płacze, nie znaczy, że jest słaby. Codziennie obserwuję jej wewnętrzną walkę – o mnie, o dzieci, o odrobinę normalności w chaosie dnia. Nie śmiałbym zapytać czy jest szczęśliwa.  Często uśmiecha się, choć wcale nie jest jej wesoło. To rodzaj obrony. Tak radzi sobie z frustracją, niepewnością, zdenerwowaniem… Podziwiam jej ofiarność dla mnie, rodziny, przyjaciół. Wierna do końca, zawsze oszczędzała bliskim bólu i hiobowych wieści.

Słyszałem kiedyś, jak głośno przeczytała: „Każda łza uczy nas jakiejś prawdy”/Fascolo/. Zamyśliła się wtedy głęboko, spoglądając w moje okno, jakby szukała pocieszenia za szybą. Z determinacją składa swoje dni z rozsypanych kawałków nadziei, które uporczywie los zamiata pod dywan. Czasami myślę, że prawdę o niej znam tylko ja… Żałuję, że nie mam okna w dachu. Chciałbym jej podarować kawałek nieba.

6.30

Ruch w całym moim wnętrzu. Zewsząd dobiegają głosy podenerwowania, pośpiechu, wzajemnego poganiania. Zegary, niezrażone reakcjami domowników, gwarzą swoje tik-tak w miarowym rytmie. Słyszę kroki na korytarzu. Pierwsi sąsiedzi opuszczają mnie na jakiś czas – jedni zbiegają po schodach, głośno wystukując obcasami swój pośpiech, inni – schodzą powoli, dostojnie, z niezachwianą pewnością, że nigdzie się nie spóźnią. Rozlega się radosne: dzień dobry! To starsza pani wyprowadza swojego kundelka. Mówią o niej pogodna staruszka z parteru, bo zawsze obdarza innych uśmiechem.

Kiedy się wprowadziła, byłem zdziwiony niewielką ilością rzeczy, które wniesiono. Podstawowe sprzęty – łóżko, szafa, stół… pozostałe pudła kazała postawić w kącie i przez dobry miesiąc do nich nie zaglądała.
Pewnego razu otworzyła pierwszy karton. Późnym wieczorem, ciepły, niewielki blask z lampki nocnej oświetlał wnętrze. Ostrożnie, z pietyzmem zaczęła wyjmować różne drobiazgi. Były wśród nich stare, pożółkłe fotografie, cieniutki zeszyt, dumnie podpisany przez ucznia klasy pierwszej, zaschnięty bukiet, niewykorzystany bilet… wtedy zrozumiałem, jak bardzo bolesną przeszłość zawierają zapakowane pudła. To pamiątki po mężu, który dawno przekroczył rzekę zapomnienia i jedynym synu, którego los rzucił daleko, za ocean. Człowiek, choćby wyjechał na długie lata, powinien wracać do domu, a nie tylko  dzwonić i opowiadać o dzieciach, jej wnukach, których nie poznała. Czasu ma sporo, więc pisze pamiętnik. Może przyjdzie taki moment, że go przeczytają? Kiedyś zostawiła otwarty na stole. Wiem, że gdy była młodsza marzyła o podróży. Czuła, że jej miejsce jest przy nim. Wówczas jednak jeszcze pracowała i liczyła, że sama uskłada na bilet, choć żal jej było wyjeżdżać na stałe, zostawić rodzinne groby. Potem – zdrowie już nie pozwoliło.

 Nauczyłem się czytać z twarzy – bez trudu rozpoznaję gniew, złość, smutek, ale i miłość, szczęście… Czasem jednak – nie widać nic. Niektórzy potrafią ukrywać, co czują, skrzętnie chować smutki na dnie duszy. Przyklejają na wargi uśmiech na kształt przypiętego szpilką w gablocie motyla. Pięknie wygląda, ale kryje w sobie  ból, cierpienie i tęsknotę. Tak jak owa staruszka, która do tej pory nie przebolała utraty najbliższych, choć niezmiennie powtarza wszystkim napotkanym: trzeba żyć. Najpiękniej, jak się potrafi, bo życie takie kruchutkie…  Jednego nie da się ukryć – radości. Niesie ją bezpański kundelek, którego przygarnęła pod mój dach.

7.00

Połowa ludzi nie wierzy, że im się uda, a pozostali – wierzą w czary, dlatego do śniadania zaglądam na poddasze – moje ulubione miejsce. Mieszka tam magia. A dokładniej  – wcale nie tak młode małżeństwo, które od lat starało się, by ich dom radością pojaśniał. Tam zawsze rozlega się śmiech i zabawne nawoływania: Panowie, pora wstawać! Słonko świeci, do przedszkola idą dzieci! Lubię ten zakątek w moim wnętrzu. Znajduję w nim niesamowity klimat. Uwielbiam przyglądać się bliźniakom oraz ich rodzicom. Ojciec z czułością,  równocześnie mierzwi włosy chłopcom i ciepłym wzrokiem spogląda na ich matkę, która ustawia na stole śniadanie, troskliwym gestem i uśmiechem zapraszając, by już razem usiedli. Za chwilę chłopcy z czerwonymi plecakami na ramionach, zbiegną po schodach do samochodu, machając po drodze  matce, a ich tata jeszcze cofnie się przy drzwiach na pożegnanie. Delikatnie dotknie jej policzka, a ona za moment strzepnie nieistniejący pyłek z jego ramienia. Uśmiechnie się promiennie, przejrzy w jego oczach i wyszepcze coś do ucha… Potem stanie w oknie i jak źrenic, będzie strzec ich wzrokiem, dopóki nie znikną za horyzontem. Wzrusza mnie ta codzienna ceremonia.  To,  jak od lat dzielą się troskami i radościami,  pielęgnując łączące ich uczucie. Uwielbiam zaglądać na poddasze, by odgadnąć, jakie niespodzianki tym razem sobie przygotowali. Kiedyś powiedziała do niego: Chyba się rozpłaczę. Nie chcę być dłużej dzielna, ale nawet wtedy, gdy bardzo cierpieli, obydwoje rozumieli się bez słów. Wystarczyło spojrzenie, gest, nieraz i to nie – odgadywali swoje myśli w lot i jedno drugiemu śpieszyło z pomocą. Szczęście jest niby ptak. Spłoszony, zrywa się do lotu, ale przyzwyczajony, że zawsze znajdzie okruchy na okiennym parapecie, powraca na ucztę, by cieszyć oczy, uszy i serca tych, którzy o niego dbają.

8.30 – 13.45

Powoli robi się coraz ciszej. Tak będzie przez całe przedpołudnie, kiedy większość wyszła już do pracy bądź do szkoły. Pora na chwilę odpoczynku.

Obserwuję ze zdziwieniem, że przyszedł tajemniczy miesiąc. Miesiąc mroźnych nocy, z oślepiająco świecącym księżycem i równie zimnych poranków, kiedy na wszystkim osiada błyszczący szron. Czas kapaniny z rynien w ciągu dnia, z wiatrami, które gonią obłoki po niebie. Wyjątkowo, teraz jest odrobinę inaczej. Za oknami kłębią się ciemne, ciężkie chmury, nisko wiszące nad moim dachem.
Raptem, słychać głośne trzaśnięcie drzwiami i tupot małych stóp. Mam wrażenie, że do moich ścian dociera cichutki szept, własna wrażliwość kieruje mnie ponownie pod dach. Tym razem na stryszek, u szczytu schodków, z których korzysta kominiarz. Pod drzwiami, na ostatnim stopniu przysiadło dziecko. Zaczęło mamrotać pod nosem i jednostajnie uderzać głową o futrynę. Próbuję, ze strzępków docierających do mnie słów, zrozumieć, co tym razem się przydarzyło:

– Dlaczego nie jestem taki, jak inni? Nawet gadam sam do siebie… Może w przyszłości okaże się, że przybyłem z odległej planety i jestem tu jedynie przejazdem albo, że żyję w matrixie… Mama tylko: nie rycz, nie przejmuj się… bądź mężczyzną… mężczyźni nie płaczą i takie ble, ble… ale to silniejsze ode mnie… łzy same kapią z oczu… Nawet ona ze mną nie wytrzymuje i pyta w kółko: co ty masz w głowie? Jak to co? Cierpienie całego świata, jego radość i piękno. Ciągle te emocje, z którymi sobie nie radzę… tak szybko przychodzą na myśl, że nie jestem sam w stanie ich zrozumieć… Czuję, jak mnie blokują…  – w milczeniu przysłuchuję się dramatycznemu wyznaniu, nawet woda w rurach przestała szemrać. To tkwienie w zaklętym kręgu uczuć, bez zrozumienia u najbliższych, przypomina domek z kart. Nie ma żadnych solidnych fundamentów (nie to, co ja!), ale drugie dno i tysiące wymiarów. Sprawia, że nadwrażliwi rozpadają się na milion drobnych elementów i mozolnie składają po kawałeczku w całość.

Jest niczym anioł w ludzkiej skórze. Samotny wśród dziesiątek życzliwych dusz, empatyczny, oddycha powietrzem bez tlenu. Czuję ogromny smutek, bo jak przekonać kogoś, że można być nadwrażliwym i przetrwać? Płacze zbyt często, śmieje się za głośno, potrafi ukłuć się różą bez kolców i potknąć o coś, czego nie ma. Bezsilny, ale dźwiga więcej, niż sam waży. Nie jestem w stanie w żaden sposób przekazać, dać do zrozumienia, że nie jest sam. Anioł stróż przygarnia go swoim lewym skrzydłem do serca, ale dzieciak tego nie widzi. Zaczął padać deszcz. To dobrze – w nim nie widać ani moich, ani anielskich łez.

16.00 – 18.00

Zbliża się wspaniała pora! Uwielbiam, kiedy od piwnicy aż po dach rozchodzą się smakowite aromaty. W wielu domach to czas przygotowywania posiłków. Zapach wdziera się w każdy zakątek mojego wnętrza, drażni zmysły tych, których drogi prowadzą z powrotem pod mój próg. W niektórych miejscach jedno danie, w innych – zastawiony smakołykami stół. Różnie to wygląda – nieraz bardzo skromnie, ale pięknie podane. Tak, jak na przykład pod czwórką. Mieszka tam kobieta, która odziedziczyła tę umiejętność po matce wraz z babcinymi paciorkami nadziei, które szepcze codziennie na ucho Panu Bogu, stale w tej samej intencji. Choć wzrok przyćmiły lata ślęczenia nad książkami, dokumentami i listami, które powracały z adnotacją: adresat nieznany albo brak danych, zza firanek czasu spogląda na życie podporządkowane i zamknięte w pękatym segregatorze. Wielokrotnie do niego powraca. Zawiera pieczołowicie przechowywaną historię rodziny. Ostatnim razem oglądała go z pewnym mężczyzną. Martwiłem się po tym spotkaniu! Długo i ciężko je odchorowała. Najchętniej zamknąłbym swoje drzwi i przegonił gościa na cztery wiatry. Po co rozdrapywać przeszłość? Po co budzić nadzieję? Zajęty dzieckiem na strychu, przegapiłem jego wizytę. Tak byłem zaskoczony sytuacją, że nie zauważyłem, kiedy ponownie pojawił się pod moimi oknami. Za późno, by coś zrobić! Już schodził po schodach. Teraz było jasne, dlaczego znów nie mogła w nocy spać. Czy mi się zdaje, czy dociera do mnie delikatne łkanie…? Dziś prawie wszyscy, dziwnym trafem, podporządkowują się pogodzie za moimi oknami. A jednak pierwsze wrażenie jest mylne. To łzy szczęścia. Właśnie zadzwonił telefon:

Sabinko, taka jestem szczęśliwa! – usłyszałem. – Córeczko, tyle lat poszukiwań! Tak chciałam dotrzymać obietnicy złożonej mamie… Ależ ja jestem zdrowa… i spokojna też! – głos jej się łamał. – No, tak, nie mogę mówić, to z wrażenia… Właśnie ci opowiadam! Był ten pan, który obiecał, że pomoże odnaleźć Franciszka….  Jak to jakiego? Brata twojej babci, którego hitlerowcy wywieźli na roboty do Niemiec, kiedy miał czternaście lat. Wyobraź sobie, że odnalazł się na liście pasażerów samolotu do Wenezueli! Przeżył! Muszę koniecznie opowiedzieć o tym mamie, tylko kupię znicze i kwiaty. Szkoda, że nie doczekała… – zauważyłem, jak po policzku spłynęły kolejne łzy. – Tyle lat czekałyśmy obie… Nasze modlitwy zostały wysłuchane… Dobrze… ja ciebie też, córeczko!
Fascynująca historia! Chciałbym ją dokładniej poznać! Wzruszyłem się potęgą modlitwy i trwaniem w oczekiwaniu jej wysłuchania. Zadziwiająca jest ludzka wiara, nadzieja i miłość. Te trzy. Tylko czas rozumie, jak mogą być ważne. Szczególnie, gdy występują razem. Są w stanie góry przenosić, nad przepaściami mosty przerzucać, a co dopiero człowieka odnaleźć!

22.30

Powoli wszystko ucicha. Jeszcze w niektórych mieszkaniach tlą się rozproszone światła lampek nocnych. Najwytrwalsi kładą się spać po intensywnym dniu, pełnym emocji, różnorodnych uczuć, wzruszeń i refleksji. Na drugim piętrze cicho i spokojnie. Pogodna staruszka z parteru czule głaszcze kundelka, który układa się przy jej łóżku. Szczęśliwi małżonkowie z poddasza, zanim się położą, stają objęci w progu dziecięcego pokoju, z miłością patrząc na śpiące pociechy.  Matka z troską odgarnia kosmyk włosów na rozpogodzonym czole wrażliwego syna, poprawia kołdrę i gasi światło. Kobieta spod czwórki, z radością i poczuciem spełnienia obietnicy, na które czekała, przesuwa w dłoni koraliki różańca, dziękując Bogu za miłosierdzie i cud. Jeszcze gdzieś ktoś czyta, ktoś ogląda telewizję, ktoś podsyca nadzieję kolejnym pasjansem…

Jestem zmęczony. Mam 160 lat. Moje ściany niejedno przeżyły. Ze starości pękają tynki, przeciekają rynny, trzeszczy posadzka. Niezmiennie jednak, zachwycają mnie losy tych, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności znaleźli się pod moim dachem.  Bywają różne dni – lepsze i gorsze. Kto ma oczy, niechaj patrzy, kto ma uszy, niech słucha, kto ma serce – zrozumie – powtarzam w myślach jak mantrę.  Chciałbym przetrwać, być bezpieczną arką.
Żyć sprawami moich mieszkańców i towarzyszyć im  jeszcze przez długi czas. To on pokaże czy uda się nadal snuć tę opowieść?

——————————————————

Opowiadanie otrzymało wyróżnienie w  V Międzynarodowym Konkursie Literackim Liberum Arbitrium Tuchów 2013.

Reklamy

3 Komentarze (+add yours?)

  1. Ann
    Paźdź 02, 2013 @ 05:25:38

    Bardzo piękne. Gratuluję

    Odpowiedz

  2. Magda
    Lip 02, 2014 @ 19:04:31

    Piękne… wzruszyłam się…

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: