Mamy maj:)

Kwiecień zakończyłam przykrymi wydarzeniami w rodzinie, więc nastrój raczej refleksyjny, a pisać „smęty”, to lepiej wcale… Tymczasem nadszedł maj!
O majówkach w mojej rodzinie już kiedyś wspominałam, chociaż po ostatnim wystąpieniu Pewnego Pana, by świętować przy grillu, a nie pytać, jakoś odeszła mi ochota… Może to wpływ książki, którą przeczytałam o jego niebezpiecznych związkach? Zasada „chleba i igrzysk”, jak widać, sprawdza się od starożytności, a ja – pewnie naiwnie wciąż jeszcze wierzę, że Polacy za tydzień mądrze wybiorą i w naszym kraju będzie się żyło lepiej. Póki co – nacieszmy jednak zmysły, bo jeśli ktoś/coś zapewnia obfitość, to z pewnością natura…

Znacie ten moment? Pokonujecie codziennie tę samą drogę. Niby nic szczególnego, zawsze te same widoki, nic się nie zmienia…
I raptem – wszystko inaczej! Z ogromnym zaskoczeniem zauważacie, że cały świat wokół Was oszalał na tle kolorów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, którą pamiętacie z dziecięcych bajek, na tle intensywnej zieleni – kwitną kwiaty i drzewa. Taki „wysyp” barw tylko w maju i nigdy zieleń nie jest tak soczysta, jak teraz. Uwielbiam ten moment!  Nie darmo się mówi, że najpiękniejszy jest w sercu maj:)

Właśnie przedwczoraj zauważyłam – zaczynają kwitnąć moje ukochane bzy:)))

bez

Reklamy

Lekcje, czyli gdzie się obudzą mieszkańcy gminy?

Niniejszy wpis umieściłam w kategorii: dziwię się światu, choć tak naprawdę, kiedy napatrzyłam się i nasłuchałam tego, co się działo w ostatnim czasie, w ogóle przestałam się dziwić, bo czyż mogą nas zaskoczyć jeszcze różnego typu wojenki polityczne? Chyba jedynie poziomem poniżej dna, bo to ostatnie osiągnęliśmy już bardzo dawno. Połowa kraju, jak przed laty, drży przed wielką wodą, wiele osób już zostało ewakuowanych, wały przeciwpowodziowe jak zwykle mogą okazać się niewystarczające, ale rząd zapewnia, że wyciągnął lekcję z poprzednich katastrof. Cóż, pożyjemy, zobaczymy…
Dzisiejszy dzień był wyjątkowy dla mieszkańców naszej małej ojczyzny. Być może nawet historyczny, bo odbyło się referendum w sprawie połączenia miasta z gminą. Mógłby też być lekcją demokracji, bo oto mieszkańcy gminy mogli samodzielnie zdecydować czy chcą mieszkać na wsi, czy też w granicach miasta. Mógłby, ale nie był, bo to wszystko, co się działo wokół referendum budziło wyjątkowy niesmak…
Miastu brakuje terenów, bo jak pierścieniem, otoczone jest gminą, poza tym duży może więcej, a można wziąć sporą kasę z funduszu integracyjnego, więc prezydent miasta wystąpił z inicjatywą połączenia samorządów. Po burzliwych konsultacjach społecznych, które odbywały się zarówno na terenie miasta i gminy, ogłoszono termin referendum. Ostatni tydzień obfitował w „plakatowanie” – na wielu budynkach gminnych pojawiły się banery:

IMG_2430

Później nieśmiało zaczęły się pojawiać na „TAK”. Gorsza jednak okazała się bitwa „na ulotki”. Jeśli tylko jedna strona coś napisała, przeciwna szybciutko wydawała zredagowaną w tym samym stylu, ale o zupełnie odwrotnej treści. Wytknięto wszystko – kto w czym ma interes i jaki duży  (chciałoby się powiedzieć, jak dzieci, ale przy wielkości interesu raczej nie wypada) 😉
Tak naprawdę – robiono ludziom wodę z mózgu. Zwolennicy obiecankami, a przeciwnicy – straszeniem. Najgorsze jednak, że skutecznie podzieliło to społeczność – i jak w wyborach parlamentarnych – najlepiej głośno nie przyznawać, na kogo się głosowało, by nie narazić się na ataki zwolenników lub przeciwników. Prawdziwym kąskiem okazał się komunikat wójta gminy, że nie powoła mężów zaufania spośród zwolenników połączenia. Niby ma takie prawo, ale wszyscy przecież wiedzą, że „nie jest ważne, kto głosuje, ważne, kto głosy liczy”.

Głosowałam. Bliższe mi to referendum, niż wybory do europarlamentu. Tym bardziej, że już mamy taką sytuację, że sąsiedzi z jednej ulicy posiadają różne adresy, w zależności od tego czy  dom stoi po prawej, czy po lewej stronie – mają meldunek w mieście lub w gminie.
Czy obudzimy się w większym mieście? Czas pokaże. Tak, jak odpowiedzi na dwa pytania, które mnie bardzo nurtują: jeśli mieszkańcy opowiedzą się za przyłączeniem, co zrobią włodarze gminy, by ludziom faktycznie żyło się lepiej i czy prezydent  miasta wówczas dotrzyma słowa?

 

Zawsze aktualne:)

Pod poprzednim wpisem Ula skomentowała:
No i zasypało na biało…a tak ładnie, wiosennie było. Ech :]
To mi przypomniało (eeh, te skojarzenia!), pewną, starszą nieco, fotkę, którą – czułam to, że  się przyda – prezentuję poniżej. Oczywiście, gdzie mi tam do talentu przytoczonej Komentatorki, ale może wiosenna sceneria parku ją pocieszy, a ja spróbuję nie tracić pozytywnych refleksji na przyszłość, czego i Państwu życzę 😉

Zdjęcie0416

 

Świąteczne (?) ciasteczko ;)

Serdecznie dziękuję za pamięć i przepiękne życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia, które we wszelkich możliwych formach dotarły pod moim adresem. Dobrych życzeń nigdy za wiele, ale mam jedno – niech się spełni wszystko, czego sobie najlepszego życzyliśmy:)

W ferworze świątecznych przygotowań, kiedy pochwaliłam zielonogórską choinkę i pokazałam nieco dekoracji świątecznych, jakoś umknęło mi jedno zdjęcie, którym chciałam się podzielić na blogu, choć to może jakoś niezbyt jednoznacznie brzmi (wiecie, co mam na myśli – eh, te skojarzenia!) 😉

Pamiętacie, jak wytropiłam majtki obciskające, a nawet obciągające? Muszę powiedzieć, że to już historyczne zdjęcia, bo po kiosku, w którym je znalazłam, nie ma śladu. Natomiast świetnie ma się galeria Focus, a pomysłowość świątecznych dekoracji bywa czasami zaskakująca… 😀
Ja to mam szczęście 😉 rzecz – ponownie dotyczy…. zresztą, sami zobaczcie:

zdjęcie

Grudniowo, czyli między ciemnością a jasnością

 

I przychodzi grudzień. Ostatni miesiąc w kalendarzu z najkrótszym dniem w roku. Wydawać by się mogło, że teraz dnia, który jest nocą, jeszcze więcej niż w drugiej połowie listopada, a wszyscy światłolubni, jeszcze bardziej wpadają w ponury nastrój. A jednak jest różnica, bo w tej ciemności iskrzą kolorowymi światłami tysiące świątecznych już dekoracji. I nic to, że niektóre kiczowate. Zapowiadają świąteczny czas.

Włodarze miasta chyba pozazdrościli mieszkańcom Nowego Jorku najsłynniejszej choinki, bo na deptaku, przy Ratuszu zafundowano zielonogórzanom może mniej imponujące, bo o połowę mniejsze, ale równie strojne drzewko:

Zdjęcie0447Zdjęcie0449

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nawet fontannie zamieniono strugi wody na kaskadę świateł… w innym miejscu kolejne drzewko:

Zdjęcie0450 (1)Zdjęcie0452

 

 

 

 

 

 

 

 

Oprócz tysięcy mikołajów, aniołków, reniferów itp. atrybutów, także stroiki świątecznego stołu:

Zdjęcie0455Zdjęcie0456

 

 

(te na zdjęciach z wystawy nomen-omen ekologicznej)

 

 

 

 

 

 

Niektórych denerwuje wszechogarniająca komercja. To racja. Z drugiej strony – gdy brak światła słonecznego, kolorowe ozdoby i światełka rozjaśniają także nastrój:)

Listopadowo, czyli nie tylko o zwierzętach

Wilgoć. Zapach gnijących resztek liści. Porywisty wiatr, przeszywający do szpiku kości. Płaczące szyby, ulatujące parasole, kierowcy, jakby specjalnie wjeżdżali w kałuże, fundują strugi błotnistej fontanny. Poranek zaspany, wypełzający z mgieł, a nade wszystko ta dziwna pora, kiedy wszystkie wskazówki zegarów przeczą otaczającej rzeczywistości – niby jeszcze dzień, który jest de facto nocą. Wówczas odzywają się wszystkie lęki z dzieciństwa, zepchnięte gdzieś do podświadomości… jednym słowem – listopad. Resztkami woli zmusza, by wstać, iść do pracy, pochłonąć się obowiązkami, byle nie dać się aurze, która za wszelką cenę chciałaby podporządkować nasz nastrój. W takich momentach zupełnie nie potrafię pojąć, dlaczego przestawiamy się na czas zimowy. Nie jestem niedźwiedzicą, ani borsuczycą, by zapadać w sen…
Każdy pojedynczy promień słońca, nieśmiało przedzierający się przez chmury, dodaje nadziei na lepsze jutro – byle do końca grudnia, bo „na nowy rok, dnia na barani skok”.
Tymczasem próbujemy dostrzec coś pięknego w krótkim dniu, łapiemy każdy promyk, ciesząc się z temperatur powyżej zera (zawsze to powód do jakiejś radości, że cieplej niż zwykle o tej porze roku).

Stchórzyłam przed wyjazdem do stolicy na długi weekend, czując zadymy w powietrzu. Już nawet nie zaglądam do wiadomości, kto kogo i za co powinien przeprosić, bo budzi to we mnie coraz większy niesmak. Czemu mnie nikt nie przeprasza? I nic nie mogę poradzić na to, że mnie także nie podobała się tęcza na popularnym w poniedziałek placu. Pewnie nie znalazłabym dość odwagi, by ją podpalić, bo do dumy narodowej taki gest nie jest przyczynkiem, ale przynajmniej wyszło, kogo (czy to możliwe?) boją się nasi sąsiedzi, bo według tamtejszych mediów tylko jeden człowiek zapowiadał, że dojdzie do ekscesów. Tak, jak byśmy wszyscy o tym nie wiedzieli.

Czasem żałuję, że nie jestem np. wiewiórką, która zapada w sen zimowy… ale do tego brakuje mi nie tylko rudych włosów:)

Tymczasem cieszę oko i ucho, otulając się Beethovenowską ciszą, do której link otrzymałam od mojej przyjaciółki, a teraz dzielę się z Wami:

O tym się mówi, czyli blogowy blamaż

Spotkania w gronie rodziny, przyjaciół, znajomych są zwykle sposobem miłego spędzenia czasu, a przy okazji dowiedzenia się czegoś ciekawego. Pisałam już o tym, że nie oglądam telewizji. W związku z tym nie miałam możliwości trafić na kwiatki, które wczoraj pokazano mi przy rodzinnym stole. Właściwie, szkoda nawet byłoby zawracać sobie tym głowę, gdyby… no, właśnie! Temat dotyczył blogosfery.
Dwa tygodnie wcześniej, także w towarzystwie, zauważyłam, że osoby, parające się piórem (dziennikarze, literaci), z lekceważeniem wypowiadały się o blogowaniu. Dziwne to tym bardziej, że sporo osób ze świata nauki, kultury, biznesu, polityki czy dziennikarstwa posiada swoje własne strony. Opinia ta wydała się krzywdząca, także dlatego, że stronki, które odwiedzam, reprezentują świetny poziom, są rozmaite tematycznie, a jednocześnie pod każdym względem ciekawe. Kilka osób poznałam osobiście i śmiało mogę powiedzieć, że nie ma nic w ich pisarstwie, co nie potwierdziłoby w rzeczywistości, że są świetnymi ludźmi na poziomie, a niektórzy dziennikarze, fotoreporterzy czy literaci, promowani przez media, nie dorastają im do pięt! 🙂

Przychodzą mi na myśl dwie rzeczy – pierwsza, o której powszechnie wiadomo, że internet jest jednym wielkim śmietnikiem i jak to bywa – obok ton śmieci, można i diament znaleźć i druga, o której pisałam wcześniej – z jednej strony powszechny lans za wszelką cenę, a z drugiej – postępująca w zastraszającym tempie pauperyzacja intelektualna, wynikająca z coraz niższego poziomu edukacji w naszym kraju. Do tej drugiej myśli, by nie była wyłącznie ogólnikiem, wypadałoby dodać jeszcze, że owszem, mamy rzeszę młodych, zdolnych, świetnie wykształconych ludzi… i już nawet nie odpowiadam na pytanie: gdzie?, bo ktoś życzliwy szybko dopowie: jak to gdzie? wiadomo – za granicą! 

Poniżej wklejam filmik z eksperymentu, o którym wspomniałam na wstępie. Co na ten temat sądzicie?

Previous Older Entries