Cyganka, czyli wakacyjna opowieść

Weszła do środka i się rozejrzała. Czasu miała niewiele, a czymś trzeba było się posilić przed dalszą podróżą. Za barem kręciła się niewysoka, lekko puszysta dziewczyna. Wyglądała jak żywa reklama fast-foodów. Choć dokoła było dosyć siermiężnie, na szczęście, w miarę czysto. Nie śmierdziało spalonym olejem czy starą ścierą.

– Sałatkę na wynos – poprosiła, a że dziewczyna miała sympatyczny głos, spróbowała dołożyć grymas, imitację uśmiechu.

Nadal stała przy kontuarze, jakby mogło to przyśpieszyć wydanie zamówienia. W innej sytuacji prawdopodobnie mocno by ją denerwowało, że dziewczyna próbuje podtrzymywać rozmowę, ale nie tym razem. Wyczuła w jej głosie potrzebę przypodobania się, gdy zaczęła wypytywać, skąd jest i co ciekawego można zobaczyć w jej mieście.

– …bo wie pani, ja uwielbiam stare rzeczy i zabytki. Są jakieś? – dopytywała.

W jednej chwili poczuła pustkę w głowie. Z łatwością wymieniłaby budowle w małym miasteczku, gdzie spędziła dzieciństwo, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć czy coś takiego znajduje się tam, gdzie obecnie mieszka. W tym samym momencie młody chłopak przyniósł z zaplecza jej sałatkę. Pożegnała się szybko, zapraszając na jedyne, co jej przyszło na myśl, Dni Miasta. „Powinni mi płacić za reklamę” – pomyślała, ruszając w kierunku stacji.

Może to nie ta dziewczyna, a inna, spotkana na peronie. Jechała na urlop, martwiąc się kapryśnym latem, a co robić nad morzem, gdy nie ma słonecznej pogody? Poradziła jej wówczas, że najważniejsze jest towarzystwo, a skoro będzie, to pogoda nie ma znaczenia. Zabawne, zważywszy, że siedziała teraz samotnie na plaży, wpatrując się w horyzont. Wspominała spotkane dzisiejszego ranka dziewczyny  i zupełnie nie potrafiła nawet przed sobą samą wytłumaczyć, dlaczego podjęła taką decyzję. To był impuls. Po prostu wsiadła do pierwszego pociągu, który pojawił się na stacji. Pojechała w zupełnie przeciwnym kierunku niż jej dom. Nie pierwszy raz odezwała się w niej cygańska dusza.

Łapała ostatnie promyki słońca, z zachwytem, ale i lękiem obserwując morze. Potęga z jednoczesnym pięknem żywiołu! Prawdziwy spektakl, wspaniały w swej prostocie, a jakże fascynujący! Świadomość przemijania i nadzieja, że odczuwany podświadomie niepokój przeminie wraz z ponownym wschodem słońca. Jutro, które nieraz budzi lęk, podczas tego niesamowitego zjawiska, jawi się, jako coś niepowtarzalnego i drogiego – żyjemy i to jest najważniejsze.

W oddali coś zauważyła. Nie miała pewności czy było wcześniej. Morze wyrzuciło wodorosty? Kamień? Jakiś tobołek pozostawiony przez turystów? Powoli zapadała ciemność. Było już dobrze po północy, a ona nadal siedziała na plaży, słuchając fal, uderzających o brzeg. Było cicho i dobrze. Uspokojone myśli poddawały się rytmowi wody.

Aż przyszedł ten niesamowity moment, kiedy jeszcze świt nie przetarł dobrze oczu, miasteczko nadal spało i w ciszy po nocy odzywa się pierwszy nieśmiały trel, potem dołącza kolejny i następny, by po chwili trwał w najlepsze cały chór, potrafiący narobić tyle hałasu, ile jest jazgotu na arabskim bazarze lub na jarmarku. To ptaki koncertowo zapowiadają kolejny niesamowity spektakl. Za moment pojawi się nieśmiało pierwszy promień, wstanie dzień. Zrobiło się widniej. Cokolwiek w nocy zauważyła, teraz się poruszyło. Ze śpiwora wygrzebywał się mężczyzna. Usiadł i zapatrzył się w horyzont. Spędził noc na plaży, by nie przegapić tego fascynującego, magicznego momentu.

– Taki sam wariat, jak ja – pomyślała. – Jednak nie byłam sama.

Zdjęcie0390

Reklamy

Mikołaj

Mikołaj wcale nie miał długiej białej brody, ani nawet wąsów, choć kiedy Go poznaliśmy, był już bardzo stary. Co więcej – wcale nie był gruby czy niski, tylko baaardzo wysoki i szczupły. Miał za to duże, silne i bardzo zdolne dłonie oraz łagodne usposobienie. W jego spojrzeniu zawsze można było odnaleźć dużo ciepła i mądrości. Nikt też nie przypomina sobie, by rozdawał jakieś prezenty, ale każdego na swój sposób obdarzył czymś nieuchwytnym, co na zawsze pozostanie w naszych sercach. Zresztą nigdy Go nie kojarzyliśmy z podarkami, bo te – znajdowaliśmy jedynie pod choinką w wigilijny wieczór. W dodatku przynosił je jakiś przeraźliwie stary, czerwony dziad z workiem na plecach, którego okropnie się wszyscy bali. Gdzież mu tam do naszego kochanego, wspaniałego Mikołaja!
Starsi – odnosili się do niego z szacunkiem – nikt nie powiedziałby złego słowa pod jego adresem, a dzieciaki Go wprost uwielbiały! Wystarczyło tylko być w jego pobliżu. Najdziwniejsze było jednak to, że nigdy za wiele nie mówił, choć lubił, gdy dom rozbrzmiewał gwarem. Może dlatego, że dochował się sześciorga dzieci. Nigdy im niczego nie chciał opowiadać, ale za to w zimowe wieczory cała gromadka siadała wokół niego i wszyscy z uwagą słuchali, jak im czytał. Kiedy zabrakło książek w skromnej biblioteczce, skrupulatnie zbierał i wycinał z gazet powieści drukowane w odcinkach. Kto wie, czy właśnie w ten sposób, nie zaszczepił miłości do książek nie tylko własnym dzieciom, ale i następnym pokoleniom?

Dopiero po wielu latach dowiedzieliśmy się, że w ostatnich tygodniach pierwszej wojny światowej, w młodzieńczym zapale, Mikołaj wraz ze starszym bratem Teofilem postanowili zaciągnąć się do wojska. Wojna się skończyła, a oni nie trzymali w rękach broni, mimo to i tak dostali niezły wycisk. Jak tylko mogli, szybko wracali na piechotę do domu. Nikogo zatem nie zdziwiło, że nie chciał opowiadać o przeszłości, bo druga wojna światowa obeszła się z nimi wyjątkowo okrutnie – gestapowcy, poszukując zbiegłego więźnia, wywlekli Teofila z domu na podwórze i strasznie zmaltretowali. Po niedługim czasie zmarł. Jego dwie córki zginęły, a czternastoletni syn został wywieziony na roboty do Niemiec i nigdy nie wrócił.
Mikołaj w sierpniu 1939 r. wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Podczas kampanii wrześniowej trafił do niewoli niemieckiej. W dzień pracował u niemieckiego gospodarza, a na noc wracał do baraku. Głód i choroby dziesiątkowały więźniów. On także trafił do szpitala, a tam – na lekarza Polaka. Uprosił go, aby wystawił pismo zwalniające do domu ze względu na niezdolność do pracy. Do domu dotarł zimą 1940 r. w wojskowym mundurze, głodny, brudny i zawszony. Ludzie z całej wioski przychodzili go powitać i dowiedzieć się, jak udało mu się powrócić z niewoli.

A jednak spokojny, małomówny Mikołaj, któregoś razu wielu zaskoczył. Miał wówczas chyba już z siedemdziesiąt lat. W pewnym momencie, podczas zwiedzania budowy, wszedł na najwyższą kondygnację, jeszcze nie przykrytą dachem i przespacerował się po zwieńczeniu świeżo wzniesionych murów! Wszyscy zadzierali głowy i z przerażeniem patrzyli, nawołując, by jak najszybciej zszedł na ziemię. A przecież większą część życia spędził na wysokościach. Był dobrym cieślą i wyróżniał się niezwykłymi zdolnościami manualnymi i technicznymi. Do dziś ludzie wspominają nie tylko domy, które pobudował, ale i drewniane mosty.

Całe życie, będąc starszym o parę lat od swej żony, szykował się, że odejdzie pierwszy. Zresztą małżonkę miał bardzo zapobiegliwą, więc na tę okoliczność w szafie przygotowany był garnitur i bieluteńka jak śnieg koszula. Jednak to ona wcześniej pożegnała się ze światem. Ostatnie tchnienie wydała w dniu Bożego Narodzenia. Także po śmierci postawiła na swoim, by rodzinę zjednoczyć przy wspólnej modlitwie – nie przeszkodził w tym   nawet stan wojenny, który ogłoszono w Polsce dwa tygodnie wcześniej… Ale to już inna historia!

* * *

Podupadł wówczas na zdrowiu, jakby nie mogąc się pogodzić z tymi wydarzeniami. Miałam wrażenie, że jeśli tylko będę o nim myśleć, pamiętać, jeszcze długo nacieszę się Jego obecnością, dlatego zaliczyłam szybko sesję i pojechałam się z nim zobaczyć. Ucieszył się jak dziecko na mój widok. Z tej radości otworzył szufladkę w szafce nocnej i chciał mnie częstować czekoladkami, jakbym nadal była malutką dziewczynką. Trzy miesiące później pożegnałam Go ostatni raz…
Jeszcze parokrotnie odwiedzałam dom, który pobudował, ale złapałam się na tym, że chciałam herbatkę mu zaparzyć albo obiad podać, zapominając, że Go już nie ma. Sadzę jednak, że był obecny. Nadal noszę go w sercu. Mało komu przytrafia się prawdziwy Mikołaj w rodzinie:)

Dziad i Baba, czyli Dziadostwo;)

Żyli sobie Dziad i Baba. Jeszcze nie tak stareńcy oboje, ale żar w sercach jakby ostygł z wiekiem, w końcu siwych włosów zdecydowana przewaga na głowie, a i w kościach łupało i strzykało coraz częściej. Ptactwo dawno wyfrunęło z gniazda, a oni po wielokroć opowiedzieli sobie wszystko, co było do opowiedzenia. Dni im płynęły monotonnie, pełne rutyny, wszak znali doskonale swoje nawyki i przyzwyczajenia. A wszystko do tego stopnia, że w każdej sytuacji, z góry byli w stanie przewidzieć, co każde powie, zrobi, jak się zachowa…

I, jak to bywa, choć razem, każde z nich zaczęło żyć po swojemu, bo po latach czegóż można było się spodziewać? Dziad, widząc, że Baba nie w humorze, do drewutni uciekał majsterkować. Baba, słysząc, że Dziad marudzi, schodziła mu z drogi i każdą wolną chwilę w ogródku spędzała. Zdrowia już nie mieli, ani by się kłócić, ani też by wykrzesać z siebie coś więcej. Coraz częściej przychodziło im na myśl, że teraz to już z górki, przyjdzie niedługo się z tym światem żegnać.
Tego roku jesień piękna była, więc pogoda obojgu sprzyjała, ale z niepokojem myśleli o nadchodzącej zimie… trza będzie przecież w jednej izbie siedzieć! Na wszelki wypadek Baba roślinek w doniczki nasadziła i na oknie w kuchni ustawiła, by mieć zajęcie, kiedy nie będzie mogła wyjść do ogrodu. Dziad natomiast listę usterek przygotował, by grzejąc się pod piecem, naprawiać sprzęty, które już dawno trafić powinny do lamusa.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ich życiu pojawiła się Malutka Dziewczynka!
Dziad, zwykle przygarbiony, jakby urósł, bardziej wyprostowany zaczął chodzić. Baba jakiejś energii dostała, bo wszędzie jej teraz pełno. Dawny błysk w ich oczy powrócił, a i kości, jakby mniej skrzypiały. Dziad, od lat nie ruszając się dalej, niż drewutnia, na spacery regularnie zaczął z Malutką wychodzić. Miesiąc już minął od jej narodzin, a on nawet piwka nie powąchał, choć lubił zajrzeć do kufelka. Baba jakoś złagodniała, z czułością odnosząc się nie tylko do dziecka. Plany na przyszłość zaczęli snuć, gdy zachwyceni, pochylali się nad niemowlęciem. Wszyscy dokoła się dziwili, jak im się poodmieniało. Tylko Malutka Dziewczynka zniewalająco uśmiechała się przez sen. Jakby wiedziała, dlaczego…

Medalik, czyli anielska opowieść

Siedziała samotnie z nieobecnym wzrokiem, wpatrzona gdzieś w bliżej nieokreśloną dal. Zajęłam stolik obok, jedyny wolny o tej porze. Lubiłam to miejsce, więc od czasu do czasu, gdy robiłyśmy sobie z siostrą babski dzień, uciekając tylko we dwie od codziennych obowiązków, wstępowałyśmy zimą na kawę po irlandzku, a latem na mrożoną.
Nigdy jej wcześniej tutaj nie widziałam, ale wiecie, jak to jest, kiedy ktoś przyciąga wzrok i budzi naszą ciekawość. Było coś w niej bardzo intrygującego. Czułam, że mnie obserwuje i trochę mnie to peszyło. Rzuciłam więc kelnerowi szybkie „to, co zwykle”, bo dzwonił mój telefon, a odbierając, sięgnęłam jednocześnie po książkę, bo wiedziałam już, że przyjdzie mi poczekać na siostrę.

– Widziałaś je kiedyś? – zapytała.
– Przepraszam, ale… – zaczęłam grzecznie, choć stanowczo.
– Pytam czy je kiedyś spotkałaś – weszła mi w słowo, nie pozwalając się zbyć.
Ok, pomyślałam. Jeśli to nawet jakaś wariatka i tak nie mam nic do roboty. Najwyżej zmyjemy się stąd wcześniej, kiedy siostra dotrze.. A ona – być może widząc moje wahanie, nie czekając na przyzwolenie, zaczęła opowiadać:
– Pierwszy raz pojawił się, kiedy miał się urodzić najstarszy syn. Zupełnie obcy mężczyzna. Wysłuchałam jego historii, tak, jak ty dzisiaj. Może też czuł się samotny? Wyjeżdżał na kontrakt do Jemenu. Pojawił się po pół roku, chciał, bym pokazała mu dziecko. Ze wzruszeniem wziął małego na ręce i poprosił, abym przyjęła kilka drobiazgów. Nie dla siebie, lecz dla dziecka. Byłam w trudnej sytuacji materialnej, ale odmówiłam. Nie ustępował. Zabrał mnie do Pewexu, bo w latach osiemdziesiątych panował już taki kryzys, że w sklepach poza octem i musztardą, nic nie można było dostać. Wróciłam do domu z zapasem ubranek, mleka i odżywek. Nigdy więcej go nie spotkałam. Później poznałam pewną kobietę. Wiedziała, że nie jest mi łatwo. Zaprosiła do siebie i zaproponowała, że będzie od czasu do czasu oddawać plony z działki. Mogłam gotować pierwsze zupki dla dziecka… Pamiętam, któregoś roku, pod koniec grudnia, kompletnie brakowało mi pieniędzy. Chodziłam po mieście, próbując wymyślić, skąd wziąć chociaż parę groszy na mleko. W kieszeni ściskałam złoty medalik na łańcuszku, pamiątkę po babci. Szukałam jubilera, by go sprzedać, choć żal mi było tego drobiazgu. Skup po cenie złomu w ogóle się nie kalkulował. Wróciłam do domu i zastanawiałam się, jak sobie dalej poradzę. Wtedy ktoś zapukał. Przedstawił się jako szef mojej znajomej. Zaproponował mi dodatkową pracę w domu. Tłumaczył, że koniec roku, nie wyrabiają z planem, a ja mogłabym pomóc. Stawał przed moimi drzwiami jeszcze trzykrotnie. Zawsze wtedy, kiedy nie miałam na mleko. Później się dowiedziałam, że w firmie mojej znajomej nikt taki nie pracuje…. może pomyliłam coś albo źle zrozumiałam, ale i tak dostałam wynagrodzenie za wykonaną pracę. Mojemu maleństwu od tamtej pory niczego nie brakowało. Zachowałam dla niego także medalik, który stale nosi.

Przerwała swoją opowieść i ponownie zwróciła się z tym samym pytaniem:
– Od tamtej pory ich szukam. Albo kogoś, kto je spotkał na swojej drodze. Widziałaś je kiedy? Spotkałaś? Niektórzy nie wierzą, bo naoglądali się obrazków z bajek, ale one istnieją. I wcale nie mają skrzydeł. Obcy, ale pojawiają się jak przyjaciele, by pomóc wtedy, kiedy jest beznadziejnie i kompletnie nie wiesz, co masz robić. To jak? Trafiłaś na nie w życiu?
Raptem te pytania wydały mi się bardzo ważne… Zamyśliłam się głęboko. Anioły? Czy je spotkałam? Nie wiem. Na pewno wielokrotnie doświadczyłam tego światełka w tunelu, promyczka nadziei, który rozjaśniał mroki w trudnych chwilach, gdy obok mnie niespodziewanie pojawiali się przyjaciele…
– Hej, siostra, sorry za spóźnienie – usłyszałam – już jestem! To co? Idziemy wybrać medalik dla twojego przyszłego wnuka? – zapytała, wesoło się drocząc.
– Wnuczki – bezwiednie poprawiłam, wstając, by się przywitać – Ja właśnie… – niepewnie zaczęłam, chcąc przedstawić nieznajomą. Odwróciłam się w stronę jej stolika, ale nikogo już nie było. Jedynie obok filiżanki leciutko na wietrze kołysało się nieduże, białe piórko…

Tradycja, czyli opowieść wigilijna

Tak intensywnie tłukła kotlety w niedzielne południe, że dźwięk podskakujących puszek z kawą i herbatą niósł się echem po całej kamienicy. Jakby chciała wyrzucić z siebie całą złość. Mógłbyś pomyśleć, że z całą pewnością trzeba by współczuć  – albo schabowym, albo tym, którzy je dostaną na obiad.
– To już taka tradycja – pomyślała. – Niechlubna tradycja.
Wymykał się wczesnym rankiem, kiedy jeszcze spała. Koło południa dzwonił do domu, jak przed chwilą. Właściwie, nie musiałaby odbierać. Wiedziała, że nie wróci do domu na czas. Kolejna pokrętna wymówka. Miała dość jego ciągłej nieobecności. Kiedy w radio zaczęli puszczać kolędy, zupełnie się rozkleiła. Kolejna Wigilia!
– Cała ta magia świąt, o której wszyscy dokoła mówią… mogłaby i mnie się udzielić – głośno powiedziała sama do siebie. Dałaby głowę, że słyszała naprawdę, jak niespodziewanie rozległ się filuterny głos:
– Mówisz, masz.

Nie wiedziała, co się dzieje. Wszystko zaczęło się zmieniać jak w kalejdoskopie. Umysł potrafi płatać takie figle.
Hej, czy to nie jest jej rodzinny dom? I choinka… Doskonale pamiętała tę Gwiazdkę. Drzewko przyozdobione wyjątkowo inaczej niż zwykle. Ocalały jedynie tekturowe koszyczki i aniołki wycięte z papieru.  Matka pozawieszała małe jabłuszka, owinięte w sreberka orzechy i kolorowo lukrowane pierniczki. Wszystkie bombki się potłukły, kiedy ojciec zrobił awanturę i rzucił choinką w kąt. Była wtedy chora i z przerażenia schowała nawet głowę pod pierzynę. Wtedy zostały same. Ojciec wyszedł z domu, tak jak stał, i nigdy nie powrócił.
A to już inna Wigilia. Samotnie siedziała w pustym domu. Ugotowała uszka i barszcz. Trzymała się dzielnie do momentu, kiedy chciała złożyć matce życzenia. Wówczas poinformowano ją, że linia telefoniczna jest zerwana – nie mogła połączyć się z nikim. Gorąco zapłakała i przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie sama w taki wieczór…
Kiedy w Wigilię przyszedł na świat jedyny syn, zapragnęła pokazać mu takie święta, jakie pamiętała z wczesnego dzieciństwa – uroczyste i radosne, pachnące choinką, pomarańczami i pastą do podłóg. Zanim się uwinęła w kuchni i zaczęła nakrywać do stołu, z lękiem spojrzała w szkliste oczy malca. Gorączkował. Przysunęła stół do tapczanu, ale dziecko nie było w stanie cokolwiek przełknąć. Siedziała przy nim cały wieczór i zmieniała zimne okłady.
Była jeszcze Wigilia, kiedy pożegnała ukochaną babcię…
– Dlaczego właśnie dziś przyszły te wspomnienia? Nie zawsze przecież było tak przeraźliwie smutno – pomyślała. – To, jak w Opowieści wigilijnej, duchy przeszłych świąt.
A tegoroczne? Nie miała wątpliwości, wiedziała, jakie będą. Przed oczyma ukazały się obrazy, tak dobrze znane, łatwe do przewidzenia… Syn siedzi na lotnisku w Londynie i wiadomo już, że nie zdąży dolecieć, a po telefonie, który właśnie odebrała, wiedziała, że wieczór spędzi samotnie. Czy można nie lubić świąt? Jej mężczyzna tak twierdzi. Prawdopodobnie się boi, bo trzeba by się odsłonić, pokazać własne uczucia… najłatwiej uciec, tak, jak dziś. Udawać, że praca najważniejsza…
– Jeśli to duchy – pomyślała przed snem – to teraz powinien pojawić się ten, który wszystko zakończy. Raz na zawsze…
A jednak spała wyjątkowo dobrze i za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć czy coś się jej przyśniło.
– Sen mara, Bóg wiara – skarciła sama siebie – głupie rzeczy chodzą człowiekowi po głowie… podświadomość płata figle, a wyobraźnia nie zna granic… Z drugiej strony, ktoś powiedział, że z wszystkich duchów chyba najsympatyczniejszy to ten, od świąt Bożego Narodzenia. Znaczy: trzeba żyć.
W Wigilię wstała wcześnie. Doprawiła kapustę z grzybami, ugotowała barszcz. Posprzątała mieszkanie. Wreszcie – ubrała choinkę i zaścieliła stół białym obrusem. Zaplanowała, że pójdzie na Pasterkę. Niby wszystko tradycyjnie, ale tym razem to była nowa tradycja. Ogarnął ją wyjątkowy spokój. Wiedziała, że już nie musi dla nikogo się starać. Zrobiła to, pierwszy raz od bardzo dawna, nie próbując zadowolić innych, ale DLA SIEBIE.

Opowieści różnej treści ;)

 

 Dziś od rana otrzymałam wiadomość, która – nie dość, że mnie obudziła o wyjątkowo wczesnej porze (bo czyż wpół do dziewiątej rano nie jest środkiem nocy dla każdej przyzwoitej wiedźmy?), to na szczęście mnie rozbawiła 😀
Dlaczego? Popatrzcie sami: jeśli tak niektórzy wyobrażają sobie wiedźmy, to – Koleżanki i Koledzy, co tu dużo mówić, jesteśmy bezpieczni i śmiało, bez obaw, możemy pogłębiać naszą wiedzę:

pytaniejpg(1)

Poza tym, miło, że ktoś nas docenia, fundując nam Dzień Wiedźmy. 🙂
Tymczasem, skoro nasze święto, to i przyzwoite wiedźmy mogą sobie pozwolić na odrobinę fanaberii 😉
Od razu się przyznam, że i mnie się udzieliło… zatem przepraszam Szanownych P.T. Czytelników i niech mi mój Mistrz wybaczy, ale… popełniłam morderstwo. Nie, żeby tak realnie, raczej wirtualnie. I raczej z premedytacją. Szczegóły znajdziecie w zakładce na górze pod hasłem: 24 godziny…

Stół, czyli chłopska opowieść

Urodził się jako najmłodsze dziecko w rodzinie. Ot, przytrafiło się – powtarzała matka, a ojciec po cichu czasem żałował, że to nie dziewczynka. Byłaby pomocna na starość, kiedy reszta już na swoim, kobieta czasem niedomaga, a on na domowej robocie w ogóle się nie zna.

Martwiło go, że słabowite to jakieś i delikatne, nie to, co starsze chłopaki! Tamci – muskularni i wysocy, z daleka znać, że jego krew, wyrośli na porządnych chłopów, co to do bitki i wypitki  pierwsi, a i z robotą sobie poradzą.

Największą zgryzotą było jednak to, że mały okazał się tak bardzo podobny do matki. Kiedy była młoda, skutecznie wybił jej z głowy wszelkie babskie fanaberie – zaraz po ślubie stanowczo oświadczył, że teraz to on rządzi, a dodatkowo – pięścią w stół uderzył dla lepszego efektu. Jeszcze na początku buntowała się, że młoda, zabawić by się chciała, do szkół poszłaby, żeby mieć lżej w życiu, bo te biurowe, to papierki tylko przekładają, plotkują i kawusię piją, a ona zawsze uczyć się chciała, mówili, że zdolna…

Nie chciał się skarżyć, ale matka, która z nimi mieszkała, bystra była i szybko zauważyła, że dziewucha wyrywna jakaś:
– Jeden sposób na nią – gderała pod nosem – jak najszybciej dzieciaka trza jej zmajstrować, to będzie miała zajęcie i głupoty nie będą jej chodziły po głowie.
Jak matka rzekła, tak zrobił. Najpierw jedno, potem trafiły się bliźniaki. A że kawałek ziemi był pod lasem, łąka i ogród spory za domem, na brak zajęcia nie mogła już narzekać. A i on lekko nie miał. Najął się do pobliskiej fabryki, bo niezły był z niego mechanik, ojcowizny wiele nie było, ale i to obrobić trzeba, bo wpojone miał, że ziemia odłogiem leżeć nie może. Czasem, po robocie, z kumplami na kielicha wyskoczył… w końcu należało mu się trochę rozrywki.

Zaskoczony był wielce, kiedy mu oświadczyła, że jest przy nadziei. Po tylu latach sądził, że co najwyżej ślepakami już tylko strzela. Nawet podejrzliwy się zrobił czy to aby jego, ale kiedy się urodziło, wszyscy orzekli, że skóra z ojca zdjęta. Przestał mieć wątpliwości.
Kiedy mały jeszcze dobrze nie potrafił chodzić, wystarczyło tylko, że usłyszał jakąś melodię, niezdarnie trzymał się matczynego fartucha albo nogi od stołu i podrygiwał do rytmu, a gdy podrósł nieco, bez przerwy podśpiewywał. Denerwowało go, że taki głośny. Próbował chłopaka do jakieś męskiej roboty przysposobić, ale zupełnie się do tego nie nadawał, a dodatkowo jeszcze matka stale go broniła:
– Czego chcesz od dzieciaka? Do innych rzeczy stworzony. Muzykalny jest. Ty się na tym nie znasz.
– Znawczyni się znalazła! – wrzasnął kiedyś, bo dłużej nie mógł znieść, że baba się mądruje.
Było to akurat po tym, jak Kaziukowi się pierwszy wnuk urodził. Opili go uczciwie, bo Kaziuk właśnie konia sprzedał. Nawet w telewizji mówili, że koń to przeżytek. Wprawdzie nie do końca wiedział, co to ten przeżytek, no, ale na jego chłopski rozum, to koń swoje przeżył, bo jeszcze za jego ojca w kieracie chodził, więc stary był. Dobrze, że się kupiec trafił, bo do rzeźni siwka byłoby żal.

Siłę w rękach miał nadal, choć nie przypuszczał, że tak wielką, bo kiedy z pięści uderzył, stało się coś nieoczekiwanego. Stół nie wytrzymał. Może miał więcej siły, niż sobie wyobrażał, a może mebel był już na tyle nadwyrężony pokazywaniem, kto rządzi w tym domu, że się rozleciał? Pierwszą rzeczą, którą sobie uświadomił, była cisza. Aż dzwoniło od niej w uszach. Dzieciak – niespodziewanie zamikł. Kobieta skuliła się i próbowała rozbieganym wzrokiem zapanować nad strachem, który ją ogarnął.
– No, i tak ma być… – niepewnie dodał, udając, że nie traci rezonu.
Jakoś początkowo nie zauważył, że od tamtej pory cisza trwała w domu nieprzerwanie. Zresztą może to i lepiej, bo coraz częściej bolała go głowa, zwłaszcza odkąd Kryśki, tej, co po sąsiedzku mieszkała z Kaziukiem, kuzynka – zaczęła w knajpie praktyki, że niby się do roboty przyuczała. On tam by ją od ręki zatrudnił, bo tylu chłopa dawno nie widział, co się z okolicy zlatywało, by w knajpie posiedzieć. A było na co popatrzeć – nic dziewusze nie brakowało, można nawet powiedzieć, że w niektórych miejscach natura wyposażyła ją w nadmiarze.

Późną jesienią i zimą, kiedy mniej roboty na gospodarce, z fabryki prosto do knajpy zaglądał i godzinami przesiadywał z innymi. Niechętnie do domu wracał, bo mu kobieta od kilku miesięcy już o nowym stole marudziła. I o dzieciaku, że przez niego zaniemówił. Czasem dopadało go na krótko poczucie winy, ale szybko sobie tłumaczył, że mogła szczeniaka lepiej wychować, więc teraz niech nie ma pretensji.

Na wiosnę już prawie dał za wygraną, bo dawno wybrał odpowiednie deski i złożył na stryszku, tuż nad kuchnią, przy kominie, żeby drewno wysezonować, ale w pole trzeba było wyjść, by ziemię pod zasiew przygotować. Minęło lato i przyszła jesień. A potem kolejna… Wprawdzie dzieciak nadal milczał, ale żona miała coraz więcej do powiedzenia. Najgorsze, że trudno było przywołać ją do porządku. Uciekał więc coraz częściej na jednego głębszego. Nawet z Kaziukiem przestał się odzywać, bo kiedy się pożalił przy kielichu, usłyszał:
–  Dałbyś pokój, Józik! Kobita spokojna, nie lata po kominkach, siedzi w chałupie, nie to, co inne. Dzieciaki ci wychowała, a ty jej stołu żałujesz? Zrobiłbyś, to i spokój byś miał, a tak, to nie narzekaj…
– A ty co? Oczadziałeś? Coś z ciebie wielki obrońca się zrobił! – mówił coraz głośniej. – Może to twoja kobita, a nie moja? – krzyczał oburzony. Zdążył jeszcze w stół uderzyć, zanim go dwóch osiłków pod pachy wzięło i za drzwi knajpy wyrzuciło. I tego Kaziukowi najbardziej nie mógł wybaczyć, że pośmiewiskiem dla całej wsi został.

Przez jakiś czas się nie pokazywał, aż przyszła kolejna późna jesień, więc z nudów zaczął deski heblować. Wymierzył, podocinał, skęcił solidnymi śrubami, by z byle powodu stół się nie rozleciał. Była jednak w nim żałość jakaś za ostatnie lata i brak możliwości pokazania, „kto tu rządzi“… Kiedy mebel był gotowy, wtaszczył go do kuchni, podniosił rękę, zaciśniętą w pięść i już miał zamiar uderzyć… Nagle, ręka zawisła w powietrzu i bezwiednie powoli opadała, gdyż jednocześnie dzieciak, po latach milczenia, odzyskał głos i zaśpiewał. A zrobił to tak donośnie, że najpierw zaczęły pękać szklanki w kredensie, a potem wszystkie szyby w oknach…

Previous Older Entries