Bez zasięgu?

Czasem bywa tak, że zostajemy bez zasięgu. Coś tracimy, ale i coś zyskujemy:) Komputer dostał się w ręce Naczelnego Informatyka, a ja pozostałam w zasięgu jedynie i wyłącznie dwóch cudownych istotek. Śpiewam, tańczę, czytam bajki, wymyślam rymowanki – i jak zauważyła moja przyjaciółka – to nie jest ani zdziecinnienie, ani uwstecznianie. To rozwijanie wyobraźni:)))

Reklamy

Nie tylko dla krasnoludków;)

Najbardziej cieszy mnie kilka drobiazgów, które wykonałam samodzielnie:

Nadal trwa

Obejrzałam motyle na zaprzyjaźnionych blogach, przeczytałam kilka dobrych wierszy. Odważyłam się wejść na swoją stronkę. Nie robiłam tego od dawna. Tytuł: Lato w pełni. Prawda, że aktualne? Tylko ja coraz mniej aktualna. Jakby rok trwał dekadę albo dwie. Dzięki przyjaciołom i dwóm małym dziewczynkom, ubiegłego lata solidnie naładowałam życiowe baterie. Starczyły do późnej jesieni. Wtedy trwały prace ręczne. Już wiadomo dla kogo:)

Poloneza czas zacząć, czyli mężczyzna w moim domu

Wzruszyłam się:)
Moje najmłodsze pacholę pouczone, coby wstydu nie przyniósł, wyszykowałam, wygładziłam, zasadziłam matczynego, wcale nie symbolicznego, kopa i wyprawiłam na studniówkę z radosnym okrzykiem: „baw się dobrze!”
Wsiadł do limuzyny z dwoma bukietami i pojechał godzinę przed czasem… nawet nie próbowałam się odezwać, kiedy na pytanie czy nie za prędko, odpowiedział: „mamo, PRZECIEŻ JADĘ PO KOBIETĘ…”
Nieistotna jest metryka. Co z tego, że już pełnoletni? Dziś świadomość nie pozostawia złudzeń: nie mam już mojego Ptysia, Chudego, Małego, Młodego… mam w domu MĘŻCZYZNĘ 🙂

Bajki opowiadać…

Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy przyjechałam do Tuchowa, pierwszą osobą, która powitała mnie osobiście, był Kaziu Karwat. To, co mnie urzekło, to nie tylko piękne miasteczko, ale przede wszystkim ludzie, tacy jak on – pasjonaci, a ja “pasjami uwielbiam pasjonatów”, ich zaangażowanie, entuzjazm, ciężką pracę, czasami tylko za proste “dziękuję” i – mimo wszystko – ogromną satysfakcję z uśmiechu innych. Rozmarzyłam się, jakby to było wspaniale, kiedyś jeszcze spotkać się z tymi sympatycznymi ludźmi…

Rozmawiając z laureatami poprzedniej edycji konkursu, Kaziu zaproponował, aby następnym wyzwaniem dla piszących była bajka dla dzieci i zapytał nas o zdanie na ten temat.
“Bajka? – pomyślałam – to nie dla mnie!” Zrobiło mi się żal, że nie będę miała okazji spróbować swoich sił… Los chciał inaczej – nigdy wówczas nie pomyślałabym, że Kazia zabraknie, a ja napiszę o nim samym… Tak właściwie – rzutem na taśmę, zdążyłam w ostatniej chwili, zmagając się z czasem, treścią i cechami gatunkowymi (wiecie – niektórym mądralińskim włącza się z tyłu taka czerwona lampka i nijak nie potrafią się od niej uwolnić). Na dodatek – ani baśń, ani legenda, wyszła bajka terapeutyczna o odkrywaniu siebie, własnych talentów i odchodzeniu, tym nieuchronnym – na zawsze…

Jeśli los nie zadecyduje inaczej (tfu, na psa urok! Byle nie mojego, oczywiście!) na przyszły weekend pojadę znów do Tuchowa:)

Ostatni dzień wakacji…

Podobnie, jak dla wielu z Was, mój urlop skończył się dużo wcześniej. Od tygodnia znów zasuwam jak Zatopek… Pozostały wspomnienia mile spędzonych chwil, odpoczynku, wyciszenia i radowania się życiem. Dziś wróciłam z pracy z taką migreną, że na oczy nie widzę…:(
I kto powiedział, że praca powinna być pasją, bo wtedy nie odczuwa się zmęczenia? Moja – jest pasją, ale… (cóż zawsze jest jakieś „ale”).
Z pewnością to nie starość, bo moja pielęgniarka uświadomiła mi, że ta rozpoczyna się około dziewięćdziesiątki. Znaczy – mam jeszcze czas;)
Tymczasem zanućcie ze mną i niezapomnianą Anną i dajcie się unieść wspomnieniom letnich wakacji:

Podróż sentymentalna

Eluśka mnie mobilizuje, przypominając, że maj się kiedyś kończy, a że to już jutro, więc wpisuję się dziś, żeby nie było…:)
Jak nigdy zaczęłam od tytułu. Zwykle plecie się jakaś opowieść, a dopiero na koniec, gdzieś tam, szukam puenty. Tym razem inaczej, bo to kolejna wyprawa do krainy mego dzieciństwa, taka sentymentalna… 70-lecie mojej podstawówki! Mnóstwo wzruszeń, spotkań, wspomnień i pytań. Przede wszystkim – jak u J. Kaczmarskiego: co się stało z naszą klasą? 
Wpisałam się na ogromnej tablicy, żałując niezmiernie, że inne roczniki prawie w komplecie, a z mojej klasy tylko czworo. Zabrakło też naszych wychowawczyń, ale była pani od wf-u, zaskoczona, że tak dobrze ją z siostrą zapamiętałyśmy, pani od matematyki, przyrody, polskiego, techniki, plastyki… Na szczęście nie tylko ja miałam problem, by dopasować do twarzy imię czy nazwisko – wszyscy wspominali moje kruczoczarne włosy… eh, kiedy to było…?
Nie było jednak problemu z rozpoznaniem naszych nauczycieli – z radością wyszukiwałyśmy w tłumie znajomych osób. Nieraz już pisałam o tym, że miałam szczęście do nauczycieli. Właśnie wczoraj się dowiedziałam, że nadal stanowią niezły zespół. Mimo upływu lat, zasłużonej emerytury, wciąż organizują sobie prywatne narady. Do niedawna co tydzień, teraz – gdy przybyło obowiązków z wnukami – co dwa, odbywają spotkania za każdym razem u kogoś innego w domu. Gospodyni z tej okazji piecze ciasto i żadna z osób nie wyobraża sobie, by mogła opuścić wizytę. Pani od geografii (jak myśmy uwielbiali jej lekcje!) ze łzami w oczach powiedziała, że jest jedynaczką, ale przyjaciół z pracy traktuje jak najbliższą rodzinę, tak wszyscy są jej drodzy.
A my? Jak uczniacy sprzed lat – mimo siwych włosów, przygarbionej sylwetki, zbytecznych „oponek” i rozbudowanych mięśni (czasami piwnych), sami – nierzadko będąc babciami i dziadkami, w pierwszej chwili zawstydzeni, nie mieliśmy śmiałości, by przysiąść przy biesiadnym stole jak równi z równymi…
W auli, zorganizowano wystawę pamiątek. Znalazłam siebie na zdjęciach z uroczystego wręczenia sztandaru naszej szkole. Kolega, z którym byłam w poczcie sztandarowym, wspominał, jaki był ciężki…:) Przywiozłam też wspaniałą monografię szkoły, przygotowaną z okazji jubileuszu. Oprócz historii, zawiera też wywiady z większością nauczycieli, którzy mnie uczyli. Obecnych – poprosiłam o wpisy i autografy. To chyba jedna z najcenniejszych rzeczy w mojej biblioteczce, bo zawsze będzie się kojarzyć z najpiękniejszymi wspomnieniami…

 

szkoła

 

/ moja podstawówka w Strzelcach Krajeńskich – zdjęcie z neta/

Previous Older Entries