Poloneza czas zacząć, czyli mężczyzna w moim domu

Wzruszyłam się:)
Moje najmłodsze pacholę pouczone, coby wstydu nie przyniósł, wyszykowałam, wygładziłam, zasadziłam matczynego, wcale nie symbolicznego, kopa i wyprawiłam na studniówkę z radosnym okrzykiem: „baw się dobrze!”
Wsiadł do limuzyny z dwoma bukietami i pojechał godzinę przed czasem… nawet nie próbowałam się odezwać, kiedy na pytanie czy nie za prędko, odpowiedział: „mamo, PRZECIEŻ JADĘ PO KOBIETĘ…”
Nieistotna jest metryka. Co z tego, że już pełnoletni? Dziś świadomość nie pozostawia złudzeń: nie mam już mojego Ptysia, Chudego, Małego, Młodego… mam w domu MĘŻCZYZNĘ 🙂

Bajki opowiadać…

Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy przyjechałam do Tuchowa, pierwszą osobą, która powitała mnie osobiście, był Kaziu Karwat. To, co mnie urzekło, to nie tylko piękne miasteczko, ale przede wszystkim ludzie, tacy jak on – pasjonaci, a ja “pasjami uwielbiam pasjonatów”, ich zaangażowanie, entuzjazm, ciężką pracę, czasami tylko za proste “dziękuję” i – mimo wszystko – ogromną satysfakcję z uśmiechu innych. Rozmarzyłam się, jakby to było wspaniale, kiedyś jeszcze spotkać się z tymi sympatycznymi ludźmi…

Rozmawiając z laureatami poprzedniej edycji konkursu, Kaziu zaproponował, aby następnym wyzwaniem dla piszących była bajka dla dzieci i zapytał nas o zdanie na ten temat.
“Bajka? – pomyślałam – to nie dla mnie!” Zrobiło mi się żal, że nie będę miała okazji spróbować swoich sił… Los chciał inaczej – nigdy wówczas nie pomyślałabym, że Kazia zabraknie, a ja napiszę o nim samym… Tak właściwie – rzutem na taśmę, zdążyłam w ostatniej chwili, zmagając się z czasem, treścią i cechami gatunkowymi (wiecie – niektórym mądralińskim włącza się z tyłu taka czerwona lampka i nijak nie potrafią się od niej uwolnić). Na dodatek – ani baśń, ani legenda, wyszła bajka terapeutyczna o odkrywaniu siebie, własnych talentów i odchodzeniu, tym nieuchronnym – na zawsze…

Jeśli los nie zadecyduje inaczej (tfu, na psa urok! Byle nie mojego, oczywiście!) na przyszły weekend pojadę znów do Tuchowa:)

Ostatni dzień wakacji…

Podobnie, jak dla wielu z Was, mój urlop skończył się dużo wcześniej. Od tygodnia znów zasuwam jak Zatopek… Pozostały wspomnienia mile spędzonych chwil, odpoczynku, wyciszenia i radowania się życiem. Dziś wróciłam z pracy z taką migreną, że na oczy nie widzę…:(
I kto powiedział, że praca powinna być pasją, bo wtedy nie odczuwa się zmęczenia? Moja – jest pasją, ale… (cóż zawsze jest jakieś „ale”).
Z pewnością to nie starość, bo moja pielęgniarka uświadomiła mi, że ta rozpoczyna się około dziewięćdziesiątki. Znaczy – mam jeszcze czas;)
Tymczasem zanućcie ze mną i niezapomnianą Anną i dajcie się unieść wspomnieniom letnich wakacji:

Podróż sentymentalna

Eluśka mnie mobilizuje, przypominając, że maj się kiedyś kończy, a że to już jutro, więc wpisuję się dziś, żeby nie było…:)
Jak nigdy zaczęłam od tytułu. Zwykle plecie się jakaś opowieść, a dopiero na koniec, gdzieś tam, szukam puenty. Tym razem inaczej, bo to kolejna wyprawa do krainy mego dzieciństwa, taka sentymentalna… 70-lecie mojej podstawówki! Mnóstwo wzruszeń, spotkań, wspomnień i pytań. Przede wszystkim – jak u J. Kaczmarskiego: co się stało z naszą klasą? 
Wpisałam się na ogromnej tablicy, żałując niezmiernie, że inne roczniki prawie w komplecie, a z mojej klasy tylko czworo. Zabrakło też naszych wychowawczyń, ale była pani od wf-u, zaskoczona, że tak dobrze ją z siostrą zapamiętałyśmy, pani od matematyki, przyrody, polskiego, techniki, plastyki… Na szczęście nie tylko ja miałam problem, by dopasować do twarzy imię czy nazwisko – wszyscy wspominali moje kruczoczarne włosy… eh, kiedy to było…?
Nie było jednak problemu z rozpoznaniem naszych nauczycieli – z radością wyszukiwałyśmy w tłumie znajomych osób. Nieraz już pisałam o tym, że miałam szczęście do nauczycieli. Właśnie wczoraj się dowiedziałam, że nadal stanowią niezły zespół. Mimo upływu lat, zasłużonej emerytury, wciąż organizują sobie prywatne narady. Do niedawna co tydzień, teraz – gdy przybyło obowiązków z wnukami – co dwa, odbywają spotkania za każdym razem u kogoś innego w domu. Gospodyni z tej okazji piecze ciasto i żadna z osób nie wyobraża sobie, by mogła opuścić wizytę. Pani od geografii (jak myśmy uwielbiali jej lekcje!) ze łzami w oczach powiedziała, że jest jedynaczką, ale przyjaciół z pracy traktuje jak najbliższą rodzinę, tak wszyscy są jej drodzy.
A my? Jak uczniacy sprzed lat – mimo siwych włosów, przygarbionej sylwetki, zbytecznych „oponek” i rozbudowanych mięśni (czasami piwnych), sami – nierzadko będąc babciami i dziadkami, w pierwszej chwili zawstydzeni, nie mieliśmy śmiałości, by przysiąść przy biesiadnym stole jak równi z równymi…
W auli, zorganizowano wystawę pamiątek. Znalazłam siebie na zdjęciach z uroczystego wręczenia sztandaru naszej szkole. Kolega, z którym byłam w poczcie sztandarowym, wspominał, jaki był ciężki…:) Przywiozłam też wspaniałą monografię szkoły, przygotowaną z okazji jubileuszu. Oprócz historii, zawiera też wywiady z większością nauczycieli, którzy mnie uczyli. Obecnych – poprosiłam o wpisy i autografy. To chyba jedna z najcenniejszych rzeczy w mojej biblioteczce, bo zawsze będzie się kojarzyć z najpiękniejszymi wspomnieniami…

 

szkoła

 

/ moja podstawówka w Strzelcach Krajeńskich – zdjęcie z neta/

Poświątecznie…

Oj, przeciągnęło się świętowanie, przeciągnęło…;)
Nieraz tak się zdarza, że obok świąt państwowych i religijnych, nakładają się terminami te nasze, prywatne. Tak właśnie zdarzyło u mnie, więc popatrzcie, jak poszalałam w kuchni (a dodać trzeba, że mój nadworny fotograf i tak wszystkiego nie uwiecznił):

IMG_1600

IMG_1603

I choć rodzinne świętowanie jest jedną z najmilszych rzeczy na świecie, to łezka się w oku kręci, bo to była już ostatnia osiemnastka w moim domu… no, ostatecznie za parę lat będę mogła wyprawić ją sobie, uwzględniając, oczywiście, jakiś podwójny VAT;)))

IMG_1608

Wpis o mało co polityczny, czyli powrót marnotrawnej;)

Kiedy ostatni raz dokonałam wpisu na blogu, na długo pozostał po mnie „smak uśmiechu” – tak dosłownie, jak i mam nadzieję, w przenośni.
Minęły trzy lata odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z WordPressem, a jednak zostawiłam Was, Drodzy Czytelnicy, na długo bez jakichkolwiek wieści… Cóż, „jest czas siewu, pielenia, zbiorów, jest i czas odpoczynku”… choć ten ostatni – pojmować raczej należy jako przerwę, a nie luksus nicnierobienia;)

Czy można długo wytrzymać bez pisania, komentowania? W moim przypadku chyba niekoniecznie. Tym bardziej, że ciągoty do politykowania, które na blogowych salonach nie zawsze da się realizować, całkiem na podatny grunt trafić mogą w odpowiednim miejscu… przyznaję więc, bez bicia, że w swoim czasie patriotyczno-polityczne ze trzy teksty popełniłam w sieci i z setkę komentarzy, ale było to dawno, więc pewnie i nieprawda 😛

Inna rzecz, że to, co się wyprawia w naszym kraju ostatnio, tak nie przymierzając, chociażby od słynnych taśm, do ostatnich niedzielnych wyborów, których wyników wciąż jeszcze nie znamy, nie wiadomo już czy bardziej śmieszy, oburza, czy przestrasza… Chyba jednak resztki optymizmu we mnie pozostały (złośliwi pewnie stwierdzą, że naiwności), bo nadal mam nadzieję, że w naszym kraju będzie jeszcze kiedyś… przyzwoicie:)

Co poza tym u mnie? Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis nie będzie jednorazowym zrywem i sukcesywnie, od czasu do czasu, coś Wam ciekawego opowiem… oby starczyło nam wytrwałości!;) Po pięknej, długiej i ciepłej jesieni przyszła szara, ponura, mglista i deszczowa druga połowa listopada. Ta, za którą nie przepadam… dobrze, że zaraz grudzień! Żeby do reszty nie popaść w depresję, profilaktycznie kupiłam już ze trzy prezenty pod choinkę. Jak to mówią: mała rzecz, a cieszy:)
Tymczasem, pozwólcie, że zapytam: co tam u Was dobrego? Liczę na same dobre wieści…:)

Jeszcze się taki nie urodził…

…żeby każdemu dogodził. Przyszło mi na myśl to powiedzenie, gdy zaczęłam się zastanawiać, jaką to przewrotną mamy naturę 😉 Długo wiosny widać nie było, bo niby kalendarzowa, a i owszem, ale za oknem chłodno, wietrznie i deszczowo. Jeszcze pięć dni temu było tak zimno, że włączyłam ogrzewanie, a wczoraj i dziś – jęczę i sapię, bo upał nie do zniesienia…  kto to widział, żeby w maju było 30 stopni Celsjusza??? To, co będzie latem? Znów listopadowo? 😉
A ja bym tak chciała, jakieś – góra 24, przyjemny, orzeźwiający wietrzyk i ten niesamowity zapach pierwszych koszonych traw, kwitnących ziół i kwiatów oraz fantastyczny trel ptaków na łąkach pod lasem… Wszystkiego tego doświadczyłam dwa dni temu, gdy po raz pierwszy, od nie wiem jak długiego czasu, byłam z przyjaciółką na przedwieczornym spacerze.Tak po prostu. Bez pośpiechu, z dala od smutków, problemów, obowiązków codzienności, chłonąc jedynie otaczające nas piękno…

Wspominam czas, kiedy spacery były na porządku dziennym. Moje dzieci uwielbiały takie wyjścia w teren, bo wyprawy zamieniały się w poglądowe lekcje przyrody, historii, a nawet… matematyki, gdy po drodze, robiliśmy zawody, kto lepiej zapamiętał tabliczkę mnożenia. 🙂
Czy to już taka kolej rzeczy? Beztroski spacer zarezerwowany tylko wtedy, gdy się ma małe dzieci? A może znak, że podświadomie nie mogę się doczekać mojej wnusi, by znów mieć z kim podziwiać urok świata?

Previous Older Entries