Szkice

Utworzyłam tę stronę, by podzielić się nieco dłuższym tekstem… jeśli się spodoba, będę dopisywać kolejne odcinki – tak mógłby elegancko zaczynać się wpis na tej stronie… Powiem szczerze, że motywy są jednak zupełnie inne, hehe… wklejam kawałek większej całości, przede wszystkim z powodów czysto  egoistycznych – mam nadzieję, że zmobilizuje mnie to do napisania zakończenia mojego czytadła…

***

PRZYJACIELE 

część I

Piotr

Uciekłem od Aliny, Gosiaczka i Agnieszki.

Pierwszy raz, od bardzo dawna, dość miałem kobiet w moim życiu. Wprawdzie sam się wplątałem w tę idiotyczną sytuację, ale skąd mogłem wiedzieć, że dziewczyny będą takie dociekliwe.

Właściwie wydarzyło się to w odpowiednim momencie. Moje akcje nie stały najlepiej. Miłosne podboje pochłaniały sporo czasu, więc zawaliłem wszystkie możliwe terminy. Wydawca zagroził, że zerwie ze mną kontrakt, jeśli po raz kolejny nie dotrzymam warunków umowy. Miałem dwa miesiące na dostarczenie pierwszych rozdziałów książki i szkicu całości. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego zgodziłem się na takie postawienie sprawy. Wygrałem konkurs ogłoszony przez wydawnictwo, wysłałem im kilka opowiadań i … co tu dużo kryć, nie liczyłem na żadne gratyfikacje.

Napisałem je, kiedy – jako młody dziennikarz, uganiałem się cały dzień po mieście, aby zebrać informacje dla działu miejskiego. Było to z dziesięć lat temu. Marzyły mi się wówczas afery i skandale, które mógłbym tropić, a tymczasem biegałem na sesje rady miejskiej, które wlokły się jak flaki z olejem, obowiązkowo zaliczałem otwarcia nowych supermarketów i oglądałem popisy rozpuszczonych przedszkolaków, ustawianych przez znerwicowane nauczycielki, które walczyły między sobą, jakby stawką były „złote kalesony”. Wolne popołudnia, jeśli się zdarzały, dawały możliwość rozwijania własnej wyobraźni – tematy dziennikarskie, o których marzyłem, realizowałem w postaci opowiadań ze sobą w roli głównej.

W pierwszej chwili pomyślałem, że wyczyny słynnego w całym kraju dziennikarza – detektywa znalazły uznanie w oczach wydawcy, ale dopiero na uroczystym spotkaniu z redaktorem naczelnym okazało się, że wygrał szkic, nieco skandalizujący, opisujący przygody pewnej mewki. Pamiętam, że zupełnie zaskoczony, pomyślałem: „Ciekawe, co na to mój szef?”  Byłem, bez wątpienia, autorem opowiadania, ale pomysł – był jego.Stary, jak go najczęściej nazywaliśmy z racji urzędu, był rodzajem partyjnego cwaniaczka, który potrafił ustawić się zgodnie z „wiejącym wiatrem historii”. Z upodobaniem powtarzał powiedzonko mistrza reportażu – Bronisława S., który mawiał: „ tematy leżą na ulicy, trzeba się tylko schylić, żeby je podnieść”, ale mój szef poszedł dalej: „jeśli nie możesz go podnieść, to go stwórz.” Któregoś lata sezon ogórkowy i niemiłosierny upał szczególnie dawał się we znaki.

W mieście zupełnie nic się nie działo, po ulicach snuli się w żółwim tempie ci, którzy musieli pracować – reszta uciekała nad wodę, szukając ożywczego cienia i ochłody. Kompletnie nie było o czym pisać…
– Koledzy – zagaił  szef, świdrując małymi oczkami każdego z nas – tradycyjnie nasz dział przygotowuje do sobotnio-niedzielnego wydania jakiś reportaż lub dłuższy artykuł.
– Zaczyna się…- mruknął pod nosem Janek. Rozumiałem go doskonale – ja także nie cierpiałem tych patetycznych przemówień, pełnych wielosłowia z minionej epoki o sprawach oczywistych, o których wszyscy doskonale wiedzieli.    Stary, chcąc wprowadzić trochę ożywienia, ogłosił rywalizację: najlepszy artykuł, to podwójna wierszówka.
– Sprytnie to sobie wykombinował – pomyślałem. Wiedział, że „gońcom”, jak nazywano początkujących w dziale miejskim, niewiele się płaci, a o urlopie nie mają co marzyć, więc każdy chciał dorwać parę groszy, by choć na weekend skorzystać z dobrodziejstwa natury i jak każdy mieszczuch, spokojnie rozłożyć się gdzieś pod gruszą, zapominając o wszystkim, oddać się błogiemu lenistwu. Uściślając temat, stary puścił oczko w stronę jedynej naszej koleżanki Ireny i obleśnie się oblizując, dodał:
– Proszę o … p i k a n t n e szczegóły. I oczywiście …
– tak, tak … wiemy. Z rysem naturalistycznym – dokończyliśmy z przekąsem jego ulubione powiedzonko.
Tylko on, od czasu do czasu, pozwalał sobie na takie zachowanie wobec Ireny. Była świetną koleżanką, doskonałym fachowcem, od lat pisała recenzje i felietony dotyczące życia kulturalnego w mieście i uznawana była za autorytet w tej dziedzinie. Małżonka artysty kompozytora, którego twórczość dobrze wszystkim była znana, pracowała przede wszystkim dla przyjemności, ale z pełnym profesjonalizmem.

Z wyższością odnosiła się do szefa, choć wobec nas nigdy nie zadzierała nosa. I tym razem podniosła się z godnością, oświadczając:
– Na szczęście mnie to nie dotyczy. Od poniedziałku zaczynam urlop. Życzę twórczych pomysłów – dodała z ironią
Nie cierpię obskurantyzmu, jestem estetą, dlatego bohaterką mojego artykułu uczyniłem kobietę o bardzo złożonej psychice, bogatym wnętrzu, skupiając się na problemach psychologicznych. Zgodne to było z moim pojmowaniem świata, nie miałem ochoty na egzystencjalne kawałki z „naturalistycznym rysem”. Wkurzali mnie faceci, najgorzej, gdy byli to kumple, którzy traktowali kobiety jako usprawiedliwienie własnej chuci. Dla mnie zawsze były istotami boskimi, nieziemskimi, fascynowały mnie i uwielbiałem spędzać z nimi czas, a jeśli jeszcze miały w sobie to „coś” – zakochiwałem się bez reszty i gotów byłem składać im hołd. Dlatego, gdy zaproponowano mi „drobne” poprawki w opowiadaniu, aby, jak się wyrażono w wydawnictwie, „wyostrzyć niektóre sceny”, kategorycznie się nie zgodziłem. Reality-show było specjalnością mojego szefa, a nie moją, bo jak się łatwo domyśleć – w magazynie ukazał się jego artykuł zatytułowany „Z pamiętnika cichodajki”, co więcej – wywołał niemały skandal, a więc osiągnął to, co zamierzał. Temat podchwyciła popołudniówka radiowa i przez tydzień o niczym innym się w mieście nie mówiło. Krążyły plotki, że to stary z tym, z radia, opisali własne przygody i zrobili cały szum wokół pamiętnika. Z czasem sprawa przycichła, ale wielu w redakcji wierzyło, że to prawda, bo z taką facjatą miłość można było tylko kupić.

I tak to, co rozpocząłem na początku mojej kariery dziennikarskiej, wróciło do mnie niespodziewanie po przeszło dziesięciu latach, chociaż wcale się nie spodziewałem, że kogoś zainteresuje moja pisanina. Opowiadanie okazało się jednak na tyle dobre, że wygrałem konkurs, a nagrodą było podpisanie umowy na powieść. Popełniłem tylko jeden błąd. Przystałem na ich warunki. I o ile byłem w stanie napisać ze dwa rozdziały, o tyle przerażała mnie wizja szkicu całości. Lubiłem delektować się moimi bohaterami, ich przygodami i przeżyciami i zakończenie zawsze było zbiegiem okoliczności. Nigdy na zapas nie zastanawiałem się, jak dalej potoczą się losy poszczególnych postaci. Żyłem z nimi chwilą: tu i teraz, a one wzrastały ze mną.

część II

Jacek

Uwielbiał pozłacane, duże litery na frontonie budynku, w którym mieściła się jego kancelaria. Zawsze, zbliżając się do biura, spoglądał w górę, jakby za każdym razem sprawdzał czy wszystko jest na swoim miejscu.

– Moja twierdza – pomyślał – a już za chwilę znajdę się w moim sanktuarium. Otworzył wejściowe drzwi i udał się wprost do swego gabinetu. Jeszcze dobrze nie rozsiadł się w wygodnym fotelu, gdy zadzwonił telefon.

– Jesteś braciszku? – usłyszał w słuchawce melodyjny, pociągający głos, który nie zrażając się brakiem odpowiedzi, ciągnął dalej:

– Dostałam twoją wiadomość. Jutro melduję się w Gorzowie. Mam nadzieję, że masz dla mnie coś interesującego, bo nie mam ochoty tracić takiego pięknego, niedzielnego przedpołudnia na interesy z tobą.

Odłożyła słuchawkę, nim zdecydował się na podjęcie rozmowy.
– Cała siostrzyczka – uśmiechnął się do swoich myśli – ale to bardzo dobrze…, bardzo dobrze, że jest taka nieprzewidywalna. Do tego zadania potrzebny ktoś taki. Ona potrafi zaintrygować, a ten durny pies z pewnością na nią poleci.

Coś złowrogiego było w spojrzeniu, którym ogarnął całe pomieszczenie. Cofnął się do drzwi, dokładnie sprawdzając zamknięcie, a następnie zapuścił żaluzje. Wszedł z powrotem do gabinetu, a gdy zbliżył się do jednego z regałów, ten powoli zaczął się odsuwać, otwierając tajne przejście. Pomieszczenie, w którym się znalazł, nie miało okien, ale było klimatyzowane. Kiedy wykupił starą kamienicę z myślą o przeznaczeniu jej na biura, nie spodziewał się, że tak szybko nadarzy się świetna okazja. Administracja wystawiła na przetarg mieszkanko, które sąsiadowało z jego gabinetem. Nie było chętnych na jego wykup, bo większość lokatorów to starsi, samotni ludzie, a że mieszkali wiele lat w tym samym miejscu, bez wygód, przywykli do tego, co mieli i nie zamierzali nic już w swoim życiu zmieniać. Prawdopodobnie nie udałoby mu się kupić tej klitki, gdyby nie fakt, że poprzedni lokator w jej ścianach zasnął na wieki i trochę trwało, nim zorientowali się inni sąsiedzi.

Była to prawdziwa kawalerka – jeden pokoik i coś w rodzaju przedpokoju,   jednocześnie z aneksem kuchennym. Wygospodarował w tym pomieszczeniu miejsce na skromną łazieneczkę, w której kazał zamontować prysznic z hydromasażem, a jedyne okno w pokoju wychodzące na podwórze, kazał zamurować tuż po tym, jak założyli klimatyzator. Sąsiedzi nie byli wścibscy, a więc nie interesowali się remontem, tym bardziej, że obok także trwały roboty budowlane.

Doceniał wygodę tego miejsca wielokrotnie, kiedy musiał uciekać przed nachalnymi klientami, ale i wtedy, gdy chciał być po prostu sam. Najważniejsze jednak było to, że kompletnie nikt się nie domyślał jego istnienia, bo – choć połączone z biurem, formalnie stanowiło część następnego budynku.

Pokoik urządził skromnie, ale – jak sądził – ze smakiem. Umieścił w nim spory sejf, w którym trzymał teczki z dokumentami i materiałami. Wiedział, że gdyby wpadły w obce ręce, mogłyby być bardzo niebezpieczne. Na razie jednak sam miał zamiar wykorzystać ich moc.

Z satysfakcją rozejrzał się dokoła i zatrzymał wzrok na tablicy, tuż nad biurkiem, na której zawiesił kilka fotografii. Jedna z nich, przypięta najwyżej, była przekreślona czerwonym markerem. Na drugiej namalował kółko, tak jak cel na tarczy strzelniczej, a przy trzeciej tkwił wielki znak zapytania.

– Nareszcie – głośno westchnął – pora przystąpić do wariantu B, a jak dobrze pójdzie, upiekę dwie pieczenie przy jednym ogniu – i tak go rozbawiła ta myśl, że wybuchnął głośnym śmiechem.

część III

Piotr

Zawsze lubiłem piękne kobiety. Alina urzekła mnie dystansem, jaki tworzyła wobec wszystkiego i wszystkich. Elegancka i dystyngowana, z przenikliwym spojrzeniem, robiła wrażenie twierdzy nie do zdobycia, dlatego tak bardzo podniecała myśl, aby sprawdzić czy ten chłód, bijący od Aliny, jest tylko pozorny. Poznałem ją dzięki Irenie. Było to ze dwa, trzy lata temu, a dokładnie na pół roku przed moim przeniesieniem do Gorzowa.

– Nie wybrałbyś się ze mną do teatru? – zapytała kiedyś niespodziewanie –  oczywiście to niezobowiązujące zaproszenie – dodała szybko – ale wiem, że masz dziś wolne popołudnie, a ja po prostu nie lubię chodzić sama na premiery…

– A co dają dobrego? – zapytałem.

– „Szalone nożyczki” z Wardejnem w roli głównej. Zapowiada się świetna zabawa. To co? Mogę na Ciebie liczyć? – dokończyła miękko.

„Mój niezawodny detektyw będzie musiał poczekać” – pomyślałem w pierwszej chwili o bohaterze własnego opowiadania. Ale Irena należała do kobiet, którym nie można było odmówić żadnej przysługi. Wiedziałem, że jej mąż wyjechał na tournee i czuje się trochę samotna, choć nigdy nie dawała tego po sobie poznać.

– Będzie to dla mnie wielki zaszczyt – odparłem chyba zbyt pompatycznie, bo uśmiechnęła się i wzruszając ramionami szepnęła:

– Cały ty…

  Alinę spostrzegłem w czasie antraktu, gdy majestatycznie schodziła po schodach.

– Wyjdźmy na powietrze – zaproponowała Irena, właśnie w momencie, w którym wcale nie miałem zamiaru opuszczać foyer. W innym wypadku byłbym bardzo wdzięczny, ale nie w chwili, kiedy ujrzałem takie zjawisko! Zobowiązałem się jednak jej towarzyszyć, a ona znała moją słabość do papierosów i pewnie sądziła, że chciałbym zapalić.

Zbliżaliśmy się do drzwi, gdy – jak mi się wydawało, niechcący mnie szturchnęła w bok i dyskretnie nachylona szepnęła:

– Czyżby zaiskrzyło?

A więc zauważyła! Co za historia! Poczułem się jak uczniak przyłapany na ściąganiu zadania.

– A było widać? – odpowiedziałem pytaniem, wciąż jeszcze zażenowany.

Nigdy nie potrafiłem tego zrozumieć, ale Irena tak właśnie na mnie działała. Czułem wobec niej wielki respekt. I choć podobała mi się jako kobieta, nie pozwoliłbym sobie na żaden podryw. Sądzę, że zdawała sobie sprawę ze swej klasy i nieraz musiała opędzać się od nachalnych adoratorów, co więcej – wiedziała o moich podbojach i miałem wrażenie, że jest mi wdzięczna, iż nie powiększam  grona amantów zabiegających o jej względy.

– To córka dyrektora muzeum. Wróciła właśnie z Paryża. Otrzymała stypendium rządu francuskiego dla najbardziej obiecującego młodego twórcy z Europy środkowo-wschodniej. Dziewczyna ma talent i wielkie szczęście. Pamiętam, jak studenci z wydziału plastycznego robili happening i wystawiali swoje prace na deptaku. Spodobały się jednemu gościowi i od ręki kupił wszystkie jej obrazy. Jak się później okazało, był to brat ambasadora Francji, który przyjechał w odwiedziny i zaproponował jej wystawę w paryskiej Galerii Młodych.  Aha, ma na imię Alina – dorzuciła na zakończenie – a teraz wracam do środka, bo już trochę zmarzłam.

– Uff – pomyślałem – ależ ta Irena jest niesamowita! W rzeczowy sposób podała mi wszystkie wskazówki i pozwoliła ochłonąć, zanim rozpoczął się drugi akt.

 Nie sądziłem, że Alina da się wciągnąć do zabawy, a druga odsłona taki właśnie miała charakter. Polegała na prowadzeniu dochodzenia przy współudziale widzów, więc każde przedstawienie było w pewnym sensie niepowtarzalne. Dyskretnie rozejrzałem się, wchodząc na widownię. Była z grupą młodych ludzi, którzy zachowywali się dosyć swobodnie i z sympatią pomyślałem, że dobrze bym się czuł w takim towarzystwie. Kątem oka zerkałem w ich stronę.
Tak jak przypuszczałem, Alina siedziała skupiona i z rezerwą obserwowała to, co się działo w teatrze. Od czasu do czasu komentowała coś po cichu, nie zabierając głosu w coraz bardziej ożywionej dyskusji na widowni. Najbardziej wyróżniała się pulchna blondynka, a robiąc zabawne uwagi wzbudzała salwy śmiechu wśród widzów.

Zabawa zaczęła mnie wciągać, poczułem się rozluźniony i z wdzięcznością spojrzałem na Irenę, ale myślami coraz intensywniej próbowałem zbliżyć się do Aliny. Moja redakcyjna koleżanka, jakby odgadując, co mnie intryguje powiedziała:

– Wiesz, spotkałam sąsiadów z naszej ulicy, więc zabiorę się z nimi. Chyba nie masz nic przeciwko temu?

A odbierając futro w szatni szepnęła:

– Trzymam kciuki, Romeo. Chcę mieć wyłączność na wszystkie towarzyskie ploteczki i pamiętaj, że ona może być niebezpieczna! Podobno jakiś Francuz groził, że popełni samobójstwo, skacząc z wieży Eiffla, jeśli nie zechce spędzić z nim romantycznych chwil na corocznym balu dobroczynnym. Niespełniony kochanek i denat w jednym, okazał się aktorem, ale i tak cała sprawa pachniała skandalem.
Nadarzyła się właśnie doskonała okazja, aby zbliżyć się do Aliny.

– Pani pozwoli… – szarmancko podając jej płaszcz, przedstawiłem się – Piotr Wysoki z lokalnej gazety.

– Dziękuję – uprzejmie, aczkolwiek chłodno dodała, podając mi rękę – Alina Topolska. Rzeczywiście niski pan nie jest…

Uśmiechnęła się delikatnie, lecz zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, wesoła kompania była już przy nas i wciągnięty do towarzystwa, wylądowałem z nimi w pubie. Bawiliśmy się świetnie, a kiedy prawie nad ranem przyszła pora, aby się rozstać, długo i w różne strony trwało odprowadzanie. Mnie i pewnemu osiłkowi przypadło w udziale bezpieczne odstawienie do domu Aliny. „Przynajmniej dowiem się, gdzie mieszka, bo tego draba chyba się nie pozbędę” – pomyślałem w pierwszej chwili, ale okazało się to mniej ważne, ponieważ pewne było, że w tym samym składzie spotkamy się nazajutrz, a właściwie tego samego dnia późnym popołudniem.

2 komentarzy (+add yours?)

  1. Bogumila Olaniecka
    Maj 25, 2013 @ 08:46:48

    Wspaniałe, proszę o więcej.
    polecam tak zwane e-booki , http://www.bookrix.com

    Odpowiedz

    • even21
      Czer 08, 2013 @ 15:38:13

      Dziękuję 🙂
      Zajrzałam na polecaną stronę – bardzo ciekawa! Szkoda, że nie ma tam więcej polskich autorów… bo bez tłumacza ani rusz 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: