Majowa księżniczka i ziarenka

* * *

Kiedy zapukała do twoich drzwi któregoś popołudnia
padał ulewny deszcz
wcale nie wyglądała jak czarodziejka bądź bajkowa wróżka
która szelestem halek i  jedwabnych pończoch
dumnym krokiem płynęłaby niczym okręt z oddali
strugi wody przylepiły się do jej sukni
spływając strumyczkami z kosmyków włosów
a zziębnięte ramiona kuliły się niczym skrzydła pod mokrym szalem
gdy się uśmiechnęła i podniosła wzrok niespodziewanie
jak za dotknięciem różdżki magicznie zaiskrzyło wokół
na fali zachwytu tajemnicą zaskoczony zupełnie pomyślałeś
że jest darem szlochającego nieba po długich poszukiwaniach
odkryciem właściwego portu i tym razem nie możesz się mylić

na jedną majową noc stała się księżniczką
i do dziś nie wiadomo czy zabrakło wiary jak nasionka gorczycy
czy to nieznana przeszłość uwierała niby ziarnko grochu
a może znów ktoś pomylił bajki

Reklamy

Życie jak w bajce…?

 

BAJKA

Kiedy opadły mgły wyruszyli na wrzosowisko
wiekowe drzewa przeglądały się w lustrze jeziora
a dom na wzgórzu otwierał się na marzenia
prowadził ją za rękę niby ślepiec
a ona rozrzucała okruchy słów na drogę bez powrotu
zachwyceni słodyczą na wargach
zachłannie zajadali po kawałku piernika z dachu
jak straceńcy mając ostatnie życzenie
karmieni chwilą złudnego szczęścia
na moment świat wywrócił się do góry nogami
gdy ogień dosięgał ich oczu
i nie było już widać nawet dymu z komina

Nie został jej Jasiem ani ona jego Małgosią
ta bajka nie ma szczęśliwego zakończenia
jedynie baba jaga rechocze dotąd z ich losu

/IV’16/

Hexenhaus 1

Bajki opowiadać…

Kiedy dwa lata temu po raz pierwszy przyjechałam do Tuchowa, pierwszą osobą, która powitała mnie osobiście, był Kaziu Karwat. To, co mnie urzekło, to nie tylko piękne miasteczko, ale przede wszystkim ludzie, tacy jak on – pasjonaci, a ja “pasjami uwielbiam pasjonatów”, ich zaangażowanie, entuzjazm, ciężką pracę, czasami tylko za proste “dziękuję” i – mimo wszystko – ogromną satysfakcję z uśmiechu innych. Rozmarzyłam się, jakby to było wspaniale, kiedyś jeszcze spotkać się z tymi sympatycznymi ludźmi…

Rozmawiając z laureatami poprzedniej edycji konkursu, Kaziu zaproponował, aby następnym wyzwaniem dla piszących była bajka dla dzieci i zapytał nas o zdanie na ten temat.
“Bajka? – pomyślałam – to nie dla mnie!” Zrobiło mi się żal, że nie będę miała okazji spróbować swoich sił… Los chciał inaczej – nigdy wówczas nie pomyślałabym, że Kazia zabraknie, a ja napiszę o nim samym… Tak właściwie – rzutem na taśmę, zdążyłam w ostatniej chwili, zmagając się z czasem, treścią i cechami gatunkowymi (wiecie – niektórym mądralińskim włącza się z tyłu taka czerwona lampka i nijak nie potrafią się od niej uwolnić). Na dodatek – ani baśń, ani legenda, wyszła bajka terapeutyczna o odkrywaniu siebie, własnych talentów i odchodzeniu, tym nieuchronnym – na zawsze…

Jeśli los nie zadecyduje inaczej (tfu, na psa urok! Byle nie mojego, oczywiście!) na przyszły weekend pojadę znów do Tuchowa:)

Podtrzymywanie uczuć, czyli bajka o hoteliku…?

Zainspirowana wpisem Eli, obiecałam, że odsłonię rąbek tajemnicy z wyjazdu, o którym wspomniałam w tekście pt. Kasztanowo… Okoliczności poznaliście: piękna, złota, polska jesień… z drzew  lecą kasztany… weekendowa, spontaniczna wyprawa, by naładować akumulatory, nacieszyć oczy pięknymi widokami, pooddychać świeżym, „innym” powietrzem…

W ciągu godziny wyszukałam noclegi w jednym z moich ulubionych kurortów, znalazłam opiekę dla maluchów, spakowałam torbę podróżną i wsiedliśmy do pociągu, ciesząc się romantyczną podróżą, jesienią w górach i przepiękną pogodą…

Kiedy dotarliśmy na miejsce, w recepcji dostaliśmy klucze. Poproszono nas, byśmy się rozgościli, odpoczęli po podróży, a przy okazji wstąpili ponownie z dowodem osobistym i dopełnili formalności z zameldowaniem.

Pokój, jak pokój – nigdy nie byłam wymagająca podczas wyjazdów – ważne, że było się gdzie umyć, czysta pościel i dach nad głową… i tak nie mieliśmy zamiaru spędzać w nim za wiele czasu. Cudowna okolica kusiła przepięknymi widokami, a górskie, świeże powietrze zachęcało, by przebywać jak najdłużej poza budynkiem.

Zdążyliśmy wnieść bagaże, trochę się ogarnąć po podróży i oczywiście postanowiliśmy, że idziemy pospacerować i nacieszyć się piękną pogodą. Po drodze wstąpiliśmy do recepcji… wyjęłam dowód osobisty i zamierzając podać, poprosiłam męża, by zrobił to samo… jakie było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam, że wystarczy jeden… Pani, z naciskiem dodała:

-nas nie interesuje, gdy są pary, kto z kim przyjeżdża… – i porozumiewawczo do mnie kiwnęła, taksując nas od stóp do głów…

– ale to JEST mój mąż! – odpowiedziałam prawie z oburzeniem. Niestety, niewiele to pomogło, bo pani nadal patrzyła na nas z dobrotliwym uśmieszkiem…

Nie macie pojęcia, jaka byłam zażenowana! Bardziej chyba, niż gdybym przyjechała faktycznie z jakimś obcym facetem! Czy to takie dziwne, że małżeństwo chciało spędzić trochę czasu razem?

Lubię bajki. Nadal mnie zachwycają, choć metrykalnie powinnam z nich już dawno wyrosnąć. Mają tylko jedną wadę. Zakończenie – …i żyli długo i szczęśliwie. Bo tak naprawdę, łatwo zapominamy o tym, by – choć od czasu do czasu – było romantycznie, nastrojowo, pięknie… tak, jak Ela napisała w komentarzu: Mnie kasztany przypominają długie jesienne, romantyczne spacery…ach, drzewa te widziały niejedno przytulenie-)))

Czasami zupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie okazują sobie uczucia tylko do ślubu, a potem zachowują się tak, jakby się wstydzili, że kochają… są i tacy, którzy nie chcą? nie potrafią? podtrzymywać uczuć… albo – angażuje się tylko jedna strona, ale to już… zupełnie inna bajka!

Szczęśliwa trzynastka, czyli… w małym kinie

Przygotowując ten wpis, cały czas chodziła mi po głowie pewna melodia… kiedy znalazłam odpowiedni filmik na youtube, mogłabym powiedzieć to samo, co jego autorka, Oriana379: Lubię małe kina. Ten filmik to moje westchnienie do czasów, gdy nie wszystko musiało być Multi, hiper i mega…

 

W niedzielne przedpołudnia, kiedy byłam dzieckiem, chodziło się do kina „Zwycięstwo” na Poranki – specjalne seanse dla najmłodszych, gdzie wyświetlano bajki znane z dobranocek (młodszych informuję  – bajka była tylko jedna, bo i program w telewizji jeden; dziesięć minut od 19.20): Bolek i Lolek, Zaczarowany ołówek, Reksio, Miś Uszatek czy Coralgol…

Ostatnie lata szkoły podstawowej, wraz z koleżankami i kolegami z klasy, tworzyliśmy już całkiem zgraną paczkę, która każdą niedzielę po południu spotykała się pod kinem, oglądaliśmy fotosy i plakaty w gablotach, by następnie za niewielkie pieniądze kupić bilet i z wypiekami na twarzy chłonąć kolejny film… oczywiście epoka kina niemego skończyła się na długo przed moim urodzeniem, ale za to niedziela była jedynym wolnym dniem – w soboty chodziło się do szkoły. Czy ktoś dziś mógłby sobie wyobrazić tydzień bez wolnych sobót???

Z tymi cotygodniowymi wypadami łączy się też pewna anegdota: którejś niedzieli,  jakoś tak się stało, że nie byłam z nikim umówiona, ale uznałam, że z pewnością spotkam znajomych pod kinem, więc wyszłam wcześniej z domu, kupiłam bilet i spokojnie czekałam na resztę towarzystwa. Kiedy tuż, tuż miała rozpocząć się projekcja, a nikogo znajomego nie wypatrzyłam, postanowiłam wejść  do środka. Podeszłam do  bileterki, która dobrze mnie już znała, ale jakoś tak dziwnie  spojrzała na mnie i na bilet, chwilę się zawahała, w końcu przedarła go i wpuściła mnie na widownię. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wyszłam z kina, nadal zastanawiając się, gdzie się wszyscy podziali i spojrzałam odruchowo na bilet: wszystko działo się trzynastego lutego, siedziałam w trzynastym rzędzie, na trzynastym miejscu, miałam trzynaście lat i tylko film – był… od osiemnastu! Od tamtej pory żartobliwie śmiem twierdzić, że trzynastka jest bardzo szczęśliwa! Chyba nie przeżyłabym wstydu i upokorzenia, gdyby mnie nie wpuszczono na seans:))))

Dziś także mam swoje ulubione kino – nieduże, wszystkiego może ze dwanaście rzędów, bez lóż, ale za to z niewielkim balkonikiem, a pan kierownik z uśmiechem wita w drzwiach wszystkich widzów…
Na ekranie rzadko goszczą wielkie hollywoodzkie produkcje, ale za to można zobaczyć sporo ambitnego, dobrego kina, które – bez wielkich kampanii medialnych, oferuje wiele wrażeń, skłania do refleksji, zachwyca i wzrusza…

Nie ma w nim tego wszystkiego, co razi w multiplexach – wszechobecnej komercji, tony reklam przed seansem, za przeproszeniem smrodu popcornu i widzów, którzy przychodzą najeść się, napić coli i może przy okazji – obejrzeć film…  a najpiękniejsze jest to, że nigdy podczas projekcji nie słyszałam, by komuś zadzwonił telefon komórkowy! 🙂

Z miłości do bajek…

Mam wierną czytelniczkę i pierwszą recenzentkę moich wpisów na blogu.
Nie chce oficjalnie komentować tego, co piszę, ale zwykle do mnie dzwoni i czasem długo dyskutujemy.
Tym razem moja znajoma – „zdeklarowana singelka” – stwierdziła już na wstępie:

– mam nadzieję, że  chyba nie upadniesz na głowę, by umieścić tekst o walentynkach…

– nie rozumiem – niewinnie skomentowałam, grając na zwłokę i próbując wybadać grunt, w którym kierunku potoczy się rozmowa.

– widziałam, że już cię ciągnie do tego tematu. Nawet „Wołanie do kogoś na świecie” Stachury wkleiłaś…

– No, wiesz – zaczęłam się tłumaczyć –  nie za bardzo jestem zwolenniczką przeszczepiania na polski grunt obcych tradycji, tym bardziej, że mamy swoje, zresztą bardzo piękne… ale co złego w tym, że możemy obdarować siebie nawzajem miłym słowem, gestem, życzliwością? ludzie to lubią… to dobra okazja, by  trochę porozmawiać o mił…

Oburzona weszła mi w słowo:

– czy  ty nie rozumiesz?! Czy zdajesz sobie sprawę, jak to jest, kiedy wszyscy dokoła szczęśliwi, ty czekasz na miły gest od kogokolwiek, a tu nic?!I w dodatku czujesz, jak zżera cię ambicja i jak jesteś żałosna, kiedy nie masz nic do powiedzenia na pytanie – ile dostałaś walentynek?!”…

Zaczęłam więc się zastanawiać: może jednak nigdzie nie wspominać o  
14. lutego…?   Cóż, znajomości chyba nie utracę, za długo się znamy… Ostatecznie – zawsze  mogę jej wysłać „antywalentynkę”…