Miejski obrazek

 

*  *  *
Roześmiane dziewczyny wędrują chodnikiem
czarne wrony szkolnych mądrości wyleciały im z głowy
czują na wargach smak pocałunków i czereśni
przyozdobiły się nimi jak biżuterią
w upalny dzień ulica lśni i faluje płynących spódnic kolorami
stara kobieta w oknie ociera łzę

/3 VII’16/

depositphotos_8801069-Girl-with-cherry

Reklamy

W naszym mieście

*  *  *

z perspektywy wścibskiego księżyca
popłynęła myśl swobodna
wyfrunęły słowa uwolnione jak motyl z kokona
kiedy nocą zimową w jego poświacie
chrzęścił nam pod nogami długo oczekiwany świt
płatki kryształowe delikatnie wirowały
dłonie misternie zatańczyły walca
opowieść snuła się sama
znowu zanurzyliśmy sie w naszym mieście
wśród kamienic odrapanych
i smutnych jak stare prostytutki
błądziliśmy wśród zaułków
z których dawno wyprowadziły się marzenia
trafiliśmy pod dom z cegłami błękitnymi jak niebo
towarzysz naszej wędrówki i niemy świadek
zbladł wówczas zupełnie i się rozpłynął
zostaliśmy sami nadal trzymając się za ręce
tutaj odpoczniemy powiedziałam wtulona
nim zniknęliśmy w najbliższej bramie
/III’16/
Fot. Krzysztof T. Masiuk, Zielona Góra

/Fot. Krzysztof T. Masiuk, Zielona Góra/

Lekcje, czyli gdzie się obudzą mieszkańcy gminy?

Niniejszy wpis umieściłam w kategorii: dziwię się światu, choć tak naprawdę, kiedy napatrzyłam się i nasłuchałam tego, co się działo w ostatnim czasie, w ogóle przestałam się dziwić, bo czyż mogą nas zaskoczyć jeszcze różnego typu wojenki polityczne? Chyba jedynie poziomem poniżej dna, bo to ostatnie osiągnęliśmy już bardzo dawno. Połowa kraju, jak przed laty, drży przed wielką wodą, wiele osób już zostało ewakuowanych, wały przeciwpowodziowe jak zwykle mogą okazać się niewystarczające, ale rząd zapewnia, że wyciągnął lekcję z poprzednich katastrof. Cóż, pożyjemy, zobaczymy…
Dzisiejszy dzień był wyjątkowy dla mieszkańców naszej małej ojczyzny. Być może nawet historyczny, bo odbyło się referendum w sprawie połączenia miasta z gminą. Mógłby też być lekcją demokracji, bo oto mieszkańcy gminy mogli samodzielnie zdecydować czy chcą mieszkać na wsi, czy też w granicach miasta. Mógłby, ale nie był, bo to wszystko, co się działo wokół referendum budziło wyjątkowy niesmak…
Miastu brakuje terenów, bo jak pierścieniem, otoczone jest gminą, poza tym duży może więcej, a można wziąć sporą kasę z funduszu integracyjnego, więc prezydent miasta wystąpił z inicjatywą połączenia samorządów. Po burzliwych konsultacjach społecznych, które odbywały się zarówno na terenie miasta i gminy, ogłoszono termin referendum. Ostatni tydzień obfitował w „plakatowanie” – na wielu budynkach gminnych pojawiły się banery:

IMG_2430

Później nieśmiało zaczęły się pojawiać na „TAK”. Gorsza jednak okazała się bitwa „na ulotki”. Jeśli tylko jedna strona coś napisała, przeciwna szybciutko wydawała zredagowaną w tym samym stylu, ale o zupełnie odwrotnej treści. Wytknięto wszystko – kto w czym ma interes i jaki duży  (chciałoby się powiedzieć, jak dzieci, ale przy wielkości interesu raczej nie wypada) 😉
Tak naprawdę – robiono ludziom wodę z mózgu. Zwolennicy obiecankami, a przeciwnicy – straszeniem. Najgorsze jednak, że skutecznie podzieliło to społeczność – i jak w wyborach parlamentarnych – najlepiej głośno nie przyznawać, na kogo się głosowało, by nie narazić się na ataki zwolenników lub przeciwników. Prawdziwym kąskiem okazał się komunikat wójta gminy, że nie powoła mężów zaufania spośród zwolenników połączenia. Niby ma takie prawo, ale wszyscy przecież wiedzą, że „nie jest ważne, kto głosuje, ważne, kto głosy liczy”.

Głosowałam. Bliższe mi to referendum, niż wybory do europarlamentu. Tym bardziej, że już mamy taką sytuację, że sąsiedzi z jednej ulicy posiadają różne adresy, w zależności od tego czy  dom stoi po prawej, czy po lewej stronie – mają meldunek w mieście lub w gminie.
Czy obudzimy się w większym mieście? Czas pokaże. Tak, jak odpowiedzi na dwa pytania, które mnie bardzo nurtują: jeśli mieszkańcy opowiedzą się za przyłączeniem, co zrobią włodarze gminy, by ludziom faktycznie żyło się lepiej i czy prezydent  miasta wówczas dotrzyma słowa?

 

Mieszkać wśród lasów, czyli wycieczka urbanistyczna

Podróżując po Litwie ma się wrażenie, że czas zatrzymał się w momencie panowania ostatnich Jagiellonów, a z borów nieprzebytych i przebogatych w zwierzynę, grzyby i jagody, za moment wyjedzie orszak królewski… to, co uderza najbardziej, to gęste lasy, wyglądające jak jeden wielki rezerwat przyrody.

Kiedy wjeżdża się do stolicy, trudno uniknąć porównań, mieszkając na przedmieściach miasta, które słynie z przepięknego położenia wśród lasów. Zielona Góra otoczona jest nimi ze wszystkich stron… a jednak Wilno wygląda pod tym względem o wiele piękniej. Już dawno minęliśmy tablicę informacyjną, a nadal droga prowadzi między bardzo starym, dorodnym drzewostanem. Miejscami udaje się jednak dostrzec zabudowania. Jak się dowiadujemy, to osiedla domów jednorodzinnych, przede wszystkim elit politycznych Litwy i najbogatszych mieszkańców. Ale jakie! Luksusowe, olbrzymie posesje, zadziwiające rozmachem architektonicznym…

Samo miasto robi na nas oszałamiające wrażenie dziwnego podziału na dwa światy – przed i za Ostrą Bramą… na trasie oprowadzania wycieczek, aż po Pałac Prezydencki, nieźle zachowana i odrestaurowana starówka,  ale wystarczy wejść w którąś z bocznych uliczek, a straszą odrapane i sypiące się mury… dalej – nowoczesne budynki ze szkła i stali, obok osiedli postradzieckich z wielkiej płyty, które przypominają nasze budownictwo z lat siedemdziesiątych, tyle, że tam – czas się zatrzymał… kiedy patrzy się na  ledwo wiszące balkony, krzywo wstawione okna, trudno nie podziwiać mieszkańców, że nie boją się w nich mieszkać…

Najbardziej jednak szokujące są kontrasty w zabudowie –  w środku, w miarę nowoczesnego, osiedla przy głównej ulicy – kilka drewnianych, ledwo się trzymających, koślawych domków… przewodniczka opowiada, że właściciele tych ostatnich, nie chcą się zgodzić na wykwaterowanie, dlatego zmuszeni są do spania w ubraniu – w mieście, w innych, podobnych miejscach, zdarzały się podpalenia, więc boją się, by nie zginąć w płomieniach… sprawa zrozumiała – tereny w centrum miasta, jak wszędzie, należą do najdroższych…

Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że o pieniądze. Szkoda mi tych pięknych, drewnianych domów… niektóre pochodzą z przełomu XIX i XX w. , z czasów, gdy panowała moda na architekturę w stylu szwajcarskim, zaprojektowane przez Antoniego Filipowicza-Dubowika, znanego wileńskiego architekta. Wszystkiego nie da się ocalić, ale te najpiękniejsze, misternie rzeźbione – warto, by zachwycały!

Zabytkowy dom drewniany na Zarzeczu w Wilnie, fot. vilnius21.lt

           Zabytkowy dom drewniany na Zarzeczu w Wilnie, fot. vilnius21.lt