Wakacje marzeń

panorama-aki-kwiaty-gory-lasy

*   *   *

Kiedy wezmę urlop od codziennych trosk

górzystą ścieżką zejdę ku dolinie zbierając dobre myśli do bukietu

wiankiem jak pejzażem ozdobię skroń

wiatr rozwieje moje obawy

bose stopy wśród rosy kropelek zatańczą do utraty tchu

znajdując radość w wędrówce bez celu

i odpocznę

składając głowę na twoim ramieniu

 

bzt5ddetqsv

/znalezione w sieci/

 

Ostatni dzień wakacji…

Podobnie, jak dla wielu z Was, mój urlop skończył się dużo wcześniej. Od tygodnia znów zasuwam jak Zatopek… Pozostały wspomnienia mile spędzonych chwil, odpoczynku, wyciszenia i radowania się życiem. Dziś wróciłam z pracy z taką migreną, że na oczy nie widzę…:(
I kto powiedział, że praca powinna być pasją, bo wtedy nie odczuwa się zmęczenia? Moja – jest pasją, ale… (cóż zawsze jest jakieś „ale”).
Z pewnością to nie starość, bo moja pielęgniarka uświadomiła mi, że ta rozpoczyna się około dziewięćdziesiątki. Znaczy – mam jeszcze czas;)
Tymczasem zanućcie ze mną i niezapomnianą Anną i dajcie się unieść wspomnieniom letnich wakacji:

Między urlopem a pracą, czyli nie tylko o burakach

Wprawdzie nie mam pojęcia czy odważyłabym się na zakup, ale już samo uwiecznienie na fotce sprawiło mi sporo frajdy.  Przypadkowo trafiliśmy na skarpetki, które bardzo się nam spodobały. A właściwie – znajdujący się na nich emblemat:

Zdjęcie0371

 

Wklejam tę fotkę, by dać ujść frustracji i emocjom, które nieodłącznie pojawiają się podczas urlopu. I jeśli ktoś się dziwi – dlaczego? – odpowiadam: nie pamiętam urlopu, z którego nie odwołano by nas, bodaj na dwa-trzy dni do pracy. I właściwie – nie można się oburzać, bo urządzenie gabinetów po remoncie według naszego uznania z pewnością sprawi, ze będzie się nam wygodniej pracować, gdyby nie fakt, że zwykle dzieje się to kosztem naszego czasu. I nie pomoże przepis, że jesteśmy zobligowani do dyspozycji dyrekcji przez określoną liczbę dni w roku, także w czasie w urlopu, gdy ta liczba staje się gumowa, a wszystko uzasadniane jest tzw. dobrem nadrzędnym. Cóż, znów zadziałała zasada: szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego. 😉

Niektórzy może się oburzą, bo bywa, że inni w końcu mają gorzej – nielimitowany czas pracy za stałą, minimalną pensję, umowy śmieciowe, kompletny brak urlopów… ba! nawet pracy! Już nawet nie wspominam, że nasze władze po raz kolejny nowelizują Kodeks pracy, dbając przede wszystkim o pracodawców. Tylko – czy można w takich sytuacjach szanować  siebie i swój czas? szanować własnego szefa? zachować godność?

Wracając do skarpetek – może one właśnie są najlepszym rozwiązaniem? Taka tajna broń, dodająca otuchy i podnosząca samoocenę? Bo choć wiemy, że z szefem nie wygramy, to skarpetki na nogach dodadzą nam pewności, że jesteśmy wartościowymi pracownikami, a nasz szef to… burak. 😉

Ahoj przygodo, czyli przyganiał kocioł garnkowi;)

 

Zadzwoniła moja znajoma (pamiętacie? ;)) i poinformowała mnie, że nareszcie zdecydowała się na wyjazd. Zresztą, gdyby nie przyjaciółka, pewnie by się  dłużej wahała.

– To świetnie! – odpowiedziałam. – Ja też mam zamiar nareszcie gdzieś się wybrać i odpocząć. Oczywiście jedziesz sama? – zapytałam życzliwie, bo wiem, jak bardzo czuła się zmęczona przed urlopem i jak dobrze zrobiłaby jej taka odmiana – spotkanie z koleżanką, wspólne spacery, wyciszenie i odprężenie gdzieś na plaży…

– Nooo, nie… – niepewnie zaczęła. – Jadę z młodszym dzieckiem. Ty wiesz, jakie ono podekscytowane? Już się nie może doczekać! – mówiła coraz szybciej. – A poza tym, wiesz, jak jest do mnie przywiązane. Właśnie jest na zakupach, biega po sklepach i dokupuje niezbędne drobiazgi na wyjazd…
– Chwileczkę – przerwałam. – Sama mówiłaś, że twoje dziecko jest bardzo absorbujące i na tyle duże, że przydałoby ci się trochę odpocząć od domowych obowiązków – dodałam z lekkim wyrzutem. – Kiedy wreszcie zrobisz coś wyłącznie dla siebie?
– Eh, wiesz jak to jest… – ona na to.

Wiem. Zamiast SAMA odwiedzić jedną przyjaciółkę, jadę z dzieckiem do drugiej… Pewne jest tylko, że – tak nasze dzieci, jak i my, będziemy mieć swoje „kółka zainteresowań” podczas urlopu 😉

b169_darlowko

 

Na plaży, czyli o rodzicielstwie…

Zadzwoniła moja znajoma, pamiętacie? Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że wróciła z urlopu:

No, jak tam? Z pewnością wróciłaś opalona,  wypoczęta i zrelaksowana…? – i w tym tonie zachwycałam się  szumem fal,  gorącym piaskiem, delikatną morską bryzą itd. Wiadomo, nie ma to jak w upalny dzień znaleźć się nad morzem. Czułam jednak, że z niecierpliwieniem czeka, aż skończę…

Słuchaj –zaczęła ostrożnie cedzić słowa – czy Twoje dzieci płakały na plaży?

Coś Ty! – odpowiedziałam z oburzeniem – pamiętam, jak pierwszy raz pojechaliśmy nad morze. Żałowałam, że nie mam kamery, bo moje, wówczas, maluchy wyglądały przekomicznie. Podskakiwały, wymachiwały rękami, piszczały z radości, zadziwione widokiem takiej olbrzymiej wanny! 🙂 Spacerowaliśmy brzegiem morza, przemierzając spore odległości, budowaliśmy zamki z piasku, graliśmy w piłkę… Może tylko na początku, chcieli bez przerwy zmieniać majteczki, nie mogąc pojąć, że kąpielówki same wyschną:)

– Sama więc widzisz. Co to za relaks, kiedy usłyszeć szum fal, to można chyba tylko w nocy?! – rozżalona i podenerwowana zaczęła opowiadać… o tatusiach raczących się piwkiem dla ochłody, o mamusiach (wiesz, tych nowoczesnych, przesadnie dbających jedynie o swój wygląd, z długimi pazurami – swoją drogą, jak one przewijają te maleństwa???), o dzieciach, które ciągle płaczą, bo są głodne, chce im się pić, nudzą się, są zmęczone i bardzo, bardzo samotne, chociaż są z rodzicami, którzy, myśląc tylko o własnych przyjemnościach, bez przerwy albo kłócą się ze sobą, albo szarpią i wrzeszczą na swoje pociechy…  i nigdy im nie przyjdzie do głowy, że mają dzieci po to, by się nimi cieszyć.

Przemilczałam. Pomyślałam, że opowiem o dzieciach niczyich. Znam sporo przykładów. Następnym razem…

Na walizce, czyli takie sobie rozważania…

Jakieś dwie, trzy godziny temu skończyłam pracę i zaczął się mój wymarzony urlop…!

Czerwiec – to jeden z najbardziej wariackich miesięcy w mojej firmie… podobnie jak przełom grudnia i stycznia. W ogóle uważam, że w tym czasie powinno się ogłaszać okres ochronny dla pracowników. Tony papieru, które wytwarzamy, zapełniając raportami, sprawozdaniami, analizami i Bóg wie czym jeszcze, nie dość, że jest totalnym marnotrawstwem, to na dodatek nikt tego nie czyta, ale musi być zrobione!

Ludzie radzą sobie z tym różnie. Jest na przykład grupa Nicniewiedzących. Ci są najmocniejsi, bo z racji tego, że nic nie wiedzą, albo każą sobie tłumaczyć do upadłego, czym doprowadzają innych do szewskiej pasji, albo rozkładają bezradnie ręce, robią niewinną minę, wielkie zdziwione oczy i czekają, aż ktoś im pokaże, a najlepiej sam za nich wszystko zrobi.

Olewatorzy – wypisują bzdury, jakie tylko przyjdą im do głowy, bo zawsze znajdą się jacyś Pracusie, którzy to poprawią. Wśród tych  ostatnich są tacy, którzy koniecznie chcą się podlizać szefostwu (tak zwane Dupolizy), bądź trzęsą portkami (Cykory), bo a nuż znajdzie się jednak ktoś, kto ich wypociny przeczyta,  a także tacy, którzy odpowiedzialnie podchodzą do swojej pracy i starają się wykonywać ją rzetelnie.

W grupie tak niezwykle urozmaiconej, tuż przed urlopami, wszyscy na siebie patrzą wilkiem, nerwy mają napięte do granic możliwości, atmosfera jest bardzo gorąca, a powietrze aż iskrzy. I czasem wystarczy małe spięcie, by rozpętała się prawdziwa burza… w szklance wody, oczywiście,  bo zwykle idzie o jakieś drobne głupstwo, bez większego znaczenia…

Tak jak dziś… szefostwo czepialskie, koleżeństwo naburmuszone, spora dawka złości, gniewu, a nawet łez… zwolnienia, przeniesienia służbowe, nowe angaże…

Jeśli chodzi o mnie,  siedzę już na walizce i raniutko wyruszam w podróż. Tym razem nawet nie dałam sobie chwili na odreagowanie. Może to i dobrze? Czasem pewne sytuacje lepiej szybko zapomnieć albo przykryć nowymi wrażeniami… (za tydzień podzielę nimi z Wami!)

…a garb sam wyrośnie… (?)

Na jednym z zaprzyjaźnionych blogów przeczytałam:

Wpis dotyczył sytuacji w Grecji , ale wśród komentarzy znalazło się takie zdanie:

A kto się dobrowolnie zgadza na skrócenie płatnego odpoczynku???

Pozwoliłam sobie odpowiedzieć autorce , że zdziwiłaby się  jak wiele osób.  Smutne, ale prawdziwe…

Moja przyjaciółka  od poniedziałku powinna być na urlopie. Co więcej – urlop ten przysługuje jej w konkretnie  określonym czasie. Problem w tym, że:

– w poniedziałek była narada, przełożona z poprzedniego tygodnia, więc musiała na niej być…

– we wtorek… sama się zgłosiła, bo w czasie urlopu każdy deklarował się na jeden dzień dyżuru (bezpłatnego), więc nie miała wyjścia…

– w środę okazało się, że nie zostały sformułowane wnioski z narady, a ona protokołowała, więc obowiązek ten spadł na nią (pozostali już na urlopach),

– w czwartek… no, cóż, w czwartek szef osobiście do niej zadzwonił… spodziewa się zapowiedzianej kontroli w przyszłym tygodniu, więc na  jego sugestię: „chyba mi nie odmówisz w takiej sytuacji?” pojechała do pracy sprawdzić czy wszystko gra w papierach…

– na swoje nieszczęście dopatrzyła się, że brakuje jednego ważnego dokumentu…  a to już piątek – czyli na dobrą sprawę – połowa jej urlopu…

To mi przypomniało stare przysłowie angielskie:

Człowiek nie jest stworzony do pracy. Przecież ona go męczy

Anglików, Greków  – być może…  ale co na to odpowiedzieliby Polacy? Szczególnie ci, którzy mają i szanują swoje zajęcie, bo je bardzo potrzebują???

Należę do osób, które są mocno zaangażowane w pracę zawodową. Wykonuję ją solidnie, nierzadko poświęcając wiele z mojego wolnego czasu. A stąd tylko krok do pracoholizmu. Na szczęście mam sporo innych zainteresowań, ale…

Jeżeli traktować pracoholizm jak każdy inny nałóg, to za jego powstanie odpowiada ta sama część mózgu jak w przypadku alkoholizmu, narkomani itp. Fizjolodzy, uważają, że jego przyczyny tkwią w genie uzależnień. Gen tego typu znajduje się w organizmie każdego człowieka, jednak dopiero uaktywniony – wywołuje chorobę.

Według psychologów pracoholizm jest wyrazem deficytu w życiu osobistym. To ucieczka głównie od problemów małżeńskich, nieudanych związków. Potęguje go uczucie samotności i brak miłości. Takie osoby, tylko dzięki docenianiu na gruncie zawodowym, zachowują równowagę emocjonalną, szczególnie dotyczy to wybitnie uzdolnionych i pracowitych ludzi, którzy w dodatku osiągają sukcesy.

James I. Kepner w jednej ze swoich książek napisał: „Niektórzy ludzie nie potrafią ustalić momentu osiągnięcia pełnej satysfakcji i nie wiedzą, kiedy mają już dość…”, dlatego tak ważne jest, aby regularnie odpoczywać i znaleźć czas na coś, co sprawia przyjemność. Moją – z całą pewnością jest zaglądanie do zaprzyjaźnionych blogów!

Jakie zakończenie wolicie? „Koniec lektury, czas do pracy…” czy może: „zatrzymaj się i wąchaj kwiaty…” ? (w załączeniu coś dla zwolenników drugiej odpowiedzi 🙂 )

Ładne