Wakacje marzeń

panorama-aki-kwiaty-gory-lasy

*   *   *

Kiedy wezmę urlop od codziennych trosk

górzystą ścieżką zejdę ku dolinie zbierając dobre myśli do bukietu

wiankiem jak pejzażem ozdobię skroń

wiatr rozwieje moje obawy

bose stopy wśród rosy kropelek zatańczą do utraty tchu

znajdując radość w wędrówce bez celu

i odpocznę

składając głowę na twoim ramieniu

 

bzt5ddetqsv

/znalezione w sieci/

 

Ostatni dzień wakacji…

Podobnie, jak dla wielu z Was, mój urlop skończył się dużo wcześniej. Od tygodnia znów zasuwam jak Zatopek… Pozostały wspomnienia mile spędzonych chwil, odpoczynku, wyciszenia i radowania się życiem. Dziś wróciłam z pracy z taką migreną, że na oczy nie widzę…:(
I kto powiedział, że praca powinna być pasją, bo wtedy nie odczuwa się zmęczenia? Moja – jest pasją, ale… (cóż zawsze jest jakieś „ale”).
Z pewnością to nie starość, bo moja pielęgniarka uświadomiła mi, że ta rozpoczyna się około dziewięćdziesiątki. Znaczy – mam jeszcze czas;)
Tymczasem zanućcie ze mną i niezapomnianą Anną i dajcie się unieść wspomnieniom letnich wakacji:

Kabaret, czyli wakacje nad morzem…

Jakiś czas temu Caddicus zadał pytanie na moim blogu: czy stąd wszyscy powyjeżdżali w góry albo nad morze? Dzisiaj nie mam już żadnych wątpliwości – albo zrobiłam się taka nudna, że niewiele osób do mnie zagląda, albo faktycznie – wszyscy powyjeżdżali…

A w moim mieście wcale nudno nie było – przynajmniej w ostatnim czasie… nie, tym razem nie będzie o żużlu, choć to bardzo ciekawe i żyje nim większość mieszkańców, ale o naszym drugim flagowym towarze ostatnich lat, to jest kabarecie…

Zielonogórskie Zagłębie Kabaretowe  – to określenie, które weszło na stałe do słownika (w wikipedii jest!). Prawdopodobnie przypisane Piotrowi Bałtroczykowi,  oznacza  najliczniejsze środowisko różnego rodzaju formacji kabaretowych, które pojawiło się w naszym mieście w latach 90-tych… Dla bardziej wtajemniczonych jasne, że stało się tak za sprawą Władka Sikory, zwanego popularnie Sikorem, nieformalnego animatora środowiska kabareciarzy, skupionego przy klubach Gęba i Zatem Uniwersytetu Zielonogórskiego.

I jak to w życiu bywa, wszak ono ponoć kabaretem jest, jednych kusi sława szklanego ekranu, inni zadowalają się kameralną widownią w skromnych salkach klubów studenckich, za wszelką cenę unikając komercji… Dziś jednak o tych pierwszych, bo zanim Zielona Góra zasłynęła z żużla i kabaretów, był Festiwal Piosenki Radzieckiej i Winobranie, więc w nawiązaniu, ktoś wymyślił – Kabaretobranie… własnie odbyło się w ubiegłą sobotę. W tym roku spokojnie obejrzałam w telewizji, bez zbytecznego wdechu, ale przypomniałam sobie ubiegłoroczne, na którym byłam w amfiteatrze, a potem – pomyślałam o wszystkich tych, którzy nad morzem…

W tym roku byłam mądrzejsza – w końcu wszyscy się uczymy na własnych błędach i dzięki koleżance wybrałam ośrodek z dala od miasta, przepięknie położony w lesie wydmowym, z plażą mało uczęszczaną…

Obejrzycie, proszę, bo kto nie widział, musi koniecznie zobaczyć – obrazek jota w jotę z poprzednich wakacji – skecz, który na ubiegłorocznym Kabaretobraniu ubawił mnie do łez :