Wiedźma

*  *  *

Moja matka niosła mnie pod sercem
kiedy ze sfałszowaną metryką wśród krzywych spojrzeń
uciekałyśmy przed językami i potępieniem
mam trzy tysiące lat i życiorys wykuty w Wedach
mało kto mnie rozumie gdy cierpliwie zbieram słowa
jak zioła o świcie i warzę je w świetle księżyca
odkąd z kolejnym krzyżykiem wygarnęłam za próg smutki
bezużyteczna miotła stoi zapomniana w kącie
a czarny tłusty kot przestał się łasić u mych stóp
umykając któregoś marcowego przedwieczora
już nie pytam dlaczego
od wieków niepokorna poszukuję magicznego kamienia
nie przejmując się wcale tym co wypada lub nie
dzwonkami konwalii zapowiadam kolejną wiosnę
nakładając swój słoneczny kapelusz na rozwiane siwe włosy
i karminowy uśmiech szminki odziedziczonej po matce

nie mów nic gdy zapukasz do mojej chatki wędrowcze
z czarodziejskich ksiąg zaklęty los odczytam między wierszami
innej radości nie będzie prócz fiołków w naszych oczach
jestem wiedźmą po prostu wiem
/21 IV’16/

czar
Reklamy

Życzmy sobie zdrowia, czyli nie tylko o sloganach

Pamiętacie hasło: Polak potrafi, sławiące zaradność i pomysłowość (ktoś może powiedzieć: cwaniactwo i kombinatorstwo) rodaków? Zwykle rozprawiam się ze stereotypami, bo obiegowe opinie najczęściej są krzywdzące. Dziś przypomniałam sobie jeszcze jedną…

W ostatnich dniach sporo czasu spędziłam w przychodniach lekarskich. Mojej rodzinnej poskarżyłam się nawet, że czuję się jak ta baba z dowcipu…

Przychodzi baba do lekarza i mówi:
– Panie doktorze, wszyscy mnie ignorują.
– Następny, proszę!

Tak, mniej więcej, wyglądała moja wizyta u ortopedy. Na każde moje pytanie lub wątpliwość odpowiadał: to nie mój problem. Mój, chyba też nie – pomyślałam – zwłaszcza, gdy NFZ nakłada limity i albo wcale nie mogę dostać się do jakiejś poradni, albo z góry wiem, że jeśli nie zapłacę za zabiegi, mogę tylko pomarzyć o szybkim terminie rehabilitacji. Polska rzeczywistość – powiecie…
Dziś, natomiast, mam spory problem, bo stwierdzenie, że Polacy są najlepszymi specjalistami – w każdej rodzinie trafi się domorosły lekarz, okazuje się wcale nie być pozbawione racji… co więcej – sytuacja w lecznictwie i coraz większa bieda wśród społeczeństwa sprawia, że sięgamy po… zresztą, sami zobaczcie:

Zdjęcie0438

 

Sfotografowałam jedną półkę z gazetami w kiosku. Wybaczcie jakość – pora późna, a całość podświetlona świąteczną dekoracją. Spójrzcie jednak, jakie fascynujące tytuły: Poradnik uzdrawiacza, Poradnik medycyny naturalnej, Babcine sekrety zdrowia, Leczenie tradycyjne, Sam sobie lekarzem, Uzdrawiacz itp., a wśród tego hit całości: Szaman… cokolwiek to znaczy 😉

Zdjęcie0440

 

Zdjęcie0439

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz już na pewno pojawi się nowy slogan – nie tylko jesteśmy sami sobie lekarzami, ale też przodujemy w Europie, ba! może i na świecie, w edukacji medycznej… 😉

Jak każda przyzwoita wiedźma – kocham ziółka, ale po poradę zgłaszam się do lekarza medycyny. Najchętniej takiego, który także zna się na naturalnych metodach leczenia i dwa razy się zastanowi, zanim przepisze chemiczne medykamenty. Pozostaje tylko jedno: życzmy sobie zdrowia, że o naszym państwie nie wspomnę 🙂

Opowieść Gracji

Poznaliście już Grację. Najbardziej romantyczną istotę wśród wszystkich wiedźm. Pierwszy raz zobaczyłam ją wiele lat temu. Jej widok utkwił mi wyjątkowo w pamięci, ponieważ towarzyszyły mu niezwykłe emocje. Wiecie, jak to jest – bez zazdrości i jakichkolwiek podtekstów, to, co wówczas pomyślałam, wracało jak bumerang, ilekroć ją spotkałam: „Jaka piękna kobieta!” Była w niej zawsze jakaś harmonia, gracja właśnie… nie wiem, co o tym decydowało – może jej dostojny krok, może subtelny uśmiech na ślicznej twarzy, może piękny umysł – błyskotliwy i lotny, a może wszystkiego po trochu… Czułam ostatnio, że mnie obserwuje, tak, jakby chciała mi coś powiedzieć. Nie pomyliłam się, a że jestem świetną słuchaczką, bo sądzę, że dzięki temu można się wiele nauczyć, więc wysłuchałam jej historii…

* * * 

Kiedy byłam dziewczynką, może dziesięcioletnią, może nieco starszą, wydarzyło się coś bardzo niezwykłego… był grudniowy wieczór. Jeszcze wczesny, ale o tej porze roku, szybko zapada zmrok, a że i zimy były prawdziwsze, panował spory mróz, wszystko pokryte było białą, puchową pierzynką. Po lekkiej odwilży w dzień, roztopy ścięło tak, że droga przypominała przysłowiową szklankę. Po obu stronach chodników zalegały zaspy z odgarniętego śniegu, a środkiem biegła oblodzona, bardzo śliska ścieżka, na tyle jednak szeroka, że można było swobodnie iść z kimś w parze. Wracałam z siostrą od matki chrzestnej, którą odwiedziłyśmy, ponieważ zachorowała. Był to bardzo karkołomny powrót, bo moje zimowe buty zupełnie nie pasowały do podłoża, czułam się jak na lodowisku…
co i rusz, miałam wrażenie, że nogi przestają być mi posłuszne i tak odjeżdżając i przybliżając, łapałyśmy się za ręce, by uniknąć upadku. Tyle było w tym beztroski i świetnej zabawy, że co chwila wybuchałyśmy głośnym śmiechem.

Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się On. Chłopak na łyżwach, który swobodnie się ślizgał, bez trudu robił przeplatankę, kręcił piruety, ba! próbował nawet pojedynczych skoków! Zwróciłyśmy na niego uwagę, dostrzegając te popisy w rozproszonym żółtym świetle latarni, w bocznej uliczce, którą mijałyśmy po drodze. Zapamiętałam dokładnie, bo mu pozazdrościłyśmy. Siostra  – łyżew, bo umiała na nich jeździć, a ja – swobody ruchu.

Odruchowo obejrzałam się, słysząc go za plecami. Pędził w naszym kierunku. Rozdzieliłyśmy się z siostrą, stając po różnych stronach chodnika, by zrobić mu miejsce na swobodny przejazd. Zbliżał się w bardzo szybkim tempie, z lekko pochyloną głową, więc nadal nie byłam w stanie dostrzec jego twarzy. Gwałtownie wyhamował i wyrósł tuż przede mną, a za moment mknął już w przeciwnym kierunku.

– Siostrausłyszałam, stojąc oniemiała jak słup soli – on cię pocałował! – dodała z triumfem w głosie.

Próbowałam zaprzeczać, oszołomiona sytuacją i zawstydzona… na nic to się zdało, bo siostra była bystrą obserwatorką, ale odburknęłam coś, widząc więc, że nie mam ochoty na jej żarty, nie kontynuowała tematu.

– Wiesz, Even – zwróciła się do mnie – nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Czułam się wybitnie zażenowana tym, co się stało. To był mój pierwszy w życiu pocałunek, złożony na policzku przez nieznajomego mi chłopaka. Dziś, po wielu latach, żałuję, że go nie poznałam… z drugiej strony – może to i dobrze. Prawdopodobnie nie miałabym takiego pięknego wspomnienia – dodała.

Zamyśliła się, odwracając do okna i błądząc wzrokiem po znajomym zimowym krajobrazie. Po chwili kontynuowała dalej:

Czasami wracam do tamtego wydarzenia. Może to był zwykły zakład z kolegami, ale wówczas ktoś byłby świadkiem, a ulica była puściutka. Myślę, że  musiał się we mnie podkochiwać… i był prawdopodobnie, chyba jedynym mężczyzną, który – bezwarunkowo i bezinteresownie, czystym, pierwszym uczuciem – kochał mnie naprawdę…

Cdn.