Wiosna i Wielkanoc

_DSC6116-1wp

_DSC6124-1wp

Fiołki. Wyrosły i zakwitły na starych betonowych schodach. I tak, jak Wielkanoc przynosi tę ogromną nadzieję, tak one najdrobniejszą – trzeba żyć, chociaż czasem trudno, by nie dać się podeptać, by znaleźć siłę w niesprzyjających warunkach, by przetrwać, by znów odrodzić się na wiosnę. Bodaj na betonowych schodach…

Niech Zmartwychwstały Pan nam błogosławi na każdy czas! Zdrowych i wesołych świąt!

Reklamy

Kapryśnie…

W komentarzach pod poprzednim postem Caddi napisał, że występuję „jako forpoczta Pani Wiosny”. Tylko, gdzie ona się zapodziała???
Dziś aura niesamowita – od rana zasypało wszystko na biało, potem na krótko wyjrzało słonko, następnie padał ulewny deszcz i przeszła burza (!), a teraz tak wieje, że aż dzwonią szyby w oknach. Dawniej ludzie mówili, że tak wieje, jakby się ktoś powiesił. Właściwie zgodnie z przysłowiem – w marcu jak w garncu. Zresztą o kolejnym miesiącu też jest powiedzenie: kwiecień-plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata… Mam nadzieję, że to tylko zapowiedź pięknej pogody na święta:)
Mój tata nigdy nie mógł spać w takich sytuacjach, gdy szalały wichury i żartował, że w poprzednim wcieleniu musiał być marynarzem. Jako „nieodrodna córeczka tatusia” też nie wiem, kiedy zasnę i chociaż kocham morskie klimaty, w życiu się nie nauczyłam pływać, więc na majtka zupełnie się bym nie nadawała…
Tak a propos przypomniałam sobie anegdotę:
Pani Bosman, wychodząc za mąż za Kapitana statku, oświadczyła mu: „rządź mną i moimi majtkami!”

I zobaczcie sami, do jakiej głupawki może doprowadzić szalejący wiatr w bezsenną noc… 😉

 

I przyszła…

Przyszła. Jak co roku.
Kolejna – moja i każdego z Was.

Zapowiedziana niezwykłym zjawiskiem –
kiedy noc spotkała się z dniem.

Ponownie budząc nadzieję
oczekiwaniem na cieplejszy wiatr.

W jasnozielonej, soczystej sukience,
z naręczem kwiatów.

Jeszcze chwila i wybuchnie feerią barw.
Ten moment lubię najbardziej:)

 

201737_wiosna-wzgorza-ogrod-botaniczny-kirstenbosch

Jeszcze się taki nie urodził…

…żeby każdemu dogodził. Przyszło mi na myśl to powiedzenie, gdy zaczęłam się zastanawiać, jaką to przewrotną mamy naturę 😉 Długo wiosny widać nie było, bo niby kalendarzowa, a i owszem, ale za oknem chłodno, wietrznie i deszczowo. Jeszcze pięć dni temu było tak zimno, że włączyłam ogrzewanie, a wczoraj i dziś – jęczę i sapię, bo upał nie do zniesienia…  kto to widział, żeby w maju było 30 stopni Celsjusza??? To, co będzie latem? Znów listopadowo? 😉
A ja bym tak chciała, jakieś – góra 24, przyjemny, orzeźwiający wietrzyk i ten niesamowity zapach pierwszych koszonych traw, kwitnących ziół i kwiatów oraz fantastyczny trel ptaków na łąkach pod lasem… Wszystkiego tego doświadczyłam dwa dni temu, gdy po raz pierwszy, od nie wiem jak długiego czasu, byłam z przyjaciółką na przedwieczornym spacerze.Tak po prostu. Bez pośpiechu, z dala od smutków, problemów, obowiązków codzienności, chłonąc jedynie otaczające nas piękno…

Wspominam czas, kiedy spacery były na porządku dziennym. Moje dzieci uwielbiały takie wyjścia w teren, bo wyprawy zamieniały się w poglądowe lekcje przyrody, historii, a nawet… matematyki, gdy po drodze, robiliśmy zawody, kto lepiej zapamiętał tabliczkę mnożenia. 🙂
Czy to już taka kolej rzeczy? Beztroski spacer zarezerwowany tylko wtedy, gdy się ma małe dzieci? A może znak, że podświadomie nie mogę się doczekać mojej wnusi, by znów mieć z kim podziwiać urok świata?

Wiosenne refleksje

Dziękuję wszystkim za komentarze pod poprzednim wpisem i jednocześnie przepraszam, że nie odpowiadałam na nie.  Zniknęłam na ponad tydzień, bo real pochłonął mnie bez reszty, choć trudno mówić o pełni życia, kiedy jest się zawieszonym między niebem a ziemią… między modlitwami i pobożnymi życzeniami, a tym, co niesie los.
Życie nikogo nie głaszcze po głowie, każdy przechodzi różne bolesne doświadczenia, a i to jeszcze nie koniec, bo nie wiemy, co jeszcze może się zdarzyć. Mimo to powtarzam optymistycznie, że jeśli mi czegoś brakuje, to tylko ptasiego mleka /śmiech/, bo czymże jest wszystko, co posiadamy? Marność nad marnościami… 😉
Czasami myślę o średniowiecznych ascetach, że potrafili wyrzec się wszystkiego, by żyć w wstrzemięźliwości. W dzisiejszych czasach, gdy panuje wszechobecny konsumpcjonizm, byłoby to niemożliwe.
Mama mojej przyjaciółki mówi, że Bóg doświadcza tych, którzy są mili Jego sercu. Wierzącym jest łatwiej – wiedzą, że otrzymują tylko tyle, ile są w stanie unieść.
Zazdroszczę po cichu filozofom, a szczególnie stoikom, że potrafili odciąć swoje emocje od zdarzeń, utrzymując stan spokojnego szczęścia, niezależnie od zewnętrznych warunków. Mało kto tak potrafi.

Kiedy nasi bliscy lub my sami, ocieramy się o drugą stronę, o granicę życia i śmierci, wtedy – jak pięknie pisała o tym Judyta – zmieniamy zupełnie perspektywę postrzegania, bo świat taki wspaniały, a życie takie kruchutkie…
Przed nami maj – najpiękniejszy miesiąc w roku. Odrodzona przyroda wybucha soczystą zielenią i mnóstwem barw. Cieszy oczy i serce, a nade wszystko pozwala pielęgnować w sobie radość, że żyjemy, możemy zachwycać się wiosną i jej na co dzień doświadczać wszystkimi zmysłami.

Widok, który mnie zaskoczył, kiedy jeszcze parę dni temu nieśmiało pojawiła się odrobina zieleni:

Czuć to niesamowite ciepełko, nieprawdaż? 🙂

Ach, to Ty?

Już jest. Zapowiadana od dłuższego czasu we wszystkich kątach blogosfery. Oczekiwana od dawna. Z utęsknieniem. Przez wszystkich. Nawet zagorzałych zwolenników białego szaleństwa, bo ile można czekać? Kalendarzowa wprawdzie, ale już przez sam fakt, rozgrzewa serca i umysły. Ściśle związana z ludzkim przemijaniem. Kolejny rok zatoczył swoje koło, dając nadzieję. Na odrodzenie. Na przebudzenie z zimowego snu. Na życie…

spring1

Dziś pierwszy dzień wiosny. Kiedyś, gdy jeszcze chodziło się do  szkoły, był to najwspanialszy dzień w roku dla każdego ucznia  – dzień wagarowicza!

Swego czasu na moją grzeczną prośbę o wyrażenie własnego zdania w jakiejś sprawie, pewien Pan mi odpisał: „Po Twoim mailu czuję się jak uczniak wyrwany do odpowiedzi. Moja odpowiedź brzmi: idę na wagary”… pomijam, że nie taka była moja intencja, więc nie komentuję tego listu, ale tak jakoś mi się skojarzyło… Moja dobra znajoma zadała mi kiedyś pytanie: „A co by tak było, gdybyśmy raz w roku poszły wszystkie na wagary? Kto dziś by się na to odważył?” – No, właśnie! Nie sądzę, żeby to było możliwe… Choć znam pewną dziewczynę, która uciekła z małego miasteczka… na zawsze. Może jednak ktoś, kiedyś, już w dorosłym życiu, odważył się na wagary? I od czego lub skąd /dokąd dziś najchętniej byście uciekli?

Wiosennie…

                                                /wiosna w moim domu/

***

Otulasz szelestem
Kolorową koronkę
Tkasz ze światłocienia
Nieme gałęzie
Przygarniają
W ukojenia geście

Jesteś moim lasem
Przyjemnie w nim
Zabłądzić

Więcej

Previous Older Entries